Ziemia potrzebuje krwi…

Duszne lato ’74 roku. Wielki Pullman leniwie sunie ulicami Kampali, czarny jak dusza najważniejszego z jego pasażerów. Obserwuję go do jakiegoś czasu. Samochód dyktatora porusza się niespiesznie, przerażeni ludzie czmychają w popłochu przed chromowanym grillem solidnej niemieckiej machiny.
Widziałem już takie obrazki, tylko sceneria była inna. I mundury. Patrząc na tę scenę znów czuję się jak w ’44 na Woli. Tylko teraz nie mam w rękach granatu, nie będę miał okazji spudłować.
Idi Amina mija mnie niespiesznie w swojej niemieckiej twierdzy na kołach, nieświadom mojej obecności. Jego ochrona pewnie wie, że coś się święci, przeczuwa zamach, niebezpieczeństwo, ale brakuje im danych. Zupełnie jak Niemcom w ’44. Byli tak potężni, a jednocześnie tak bardzo się bali.
Z dachu budynku, na którym siedzę widać cztery kwartały ulic. Pora działać, za chwilę czarna limuzyna zniknie nam z oczu i będzie po sprawie. Stracimy okazję by zabić kolejnego Hansa Guderiana, zmieść z powierzchni Ziemi jeszcze jednego kata niewinnych.  
Podnoszę w górę czerwoną chorągiewkę. Odpowiada mi kilka zielonych skrawków materiału powiewających na okolicznych dachach i po chwili pierwszy koktajl Mołotowa uderza prosto w chromowany grill Pullmana.

– Tak to zapamiętałem młody człowieku. Tę ostatnią misję Cichociemnego, ostatnią straconą szansę.
– Dlaczego wam się nie udało?
– Cóż, to trudne pytanie. Może zabrakło nam szczęścia, może przychylności Boga. A może Afryka nie potrafi żyć bez krwi?
– Nie potrafi? Czy polski żołnierz, Cichociemny może wierzyć w takie rzeczy?
– Młody człowieku, mam 93 lata i w nic nie muszę już wierzyć. Widziałem bomby spadające na Warszawę, widziałem Himmlera strzelającego do przypadkowych dzieci na ulicy i byłem u Aminy na obiedzie. Wiem jedno – wszyscy oni: Himmler, naziści, Idi zasługiwali na śmierć. Ciężką i okrutną. Tylko nigdy nie otrzymali jej z rąk tych, którzy chcieli przerwać ich terror.
– Ale co to ma wspólnego z rządzą krwi Afryki?
– Opowiem ci historię młody człowieku, dobrze?

Jest noc, ciepła, spokojna. Mężczyźni wracają do domów, dziewczyny w grupkach stoją przy obejściach, śmieją się i plotkują.
Mnie, białego człowieka, traktują z dystansem, choć znają mnie tutaj i szanują. Na mój widok milkną śmiechy i rozmowy. Gdy przechodzę, ulica cichnie, jakbym był złym omenem. Powiedzieli mi kiedyś, że niosę ze sobą śmierć. I tak mnie traktują – jak widmo zguby.
Nagle w tej niezręcznej ciszy rozlega się krzyk. Nie bólu, nie rozpaczy – czystego przerażenia. Taki krzyk słyszały piwnice warszawskich kamienic podczas przesłuchań SS, gdy ludzie oglądali swoje ręce obdarte ze skóry. Teraz słyszą go wszyscy, ale nie rusza się nikt. Niektórzy tylko spoglądają na mnie ukradkiem, jakby chcieli upewnić się, że wciąż jestem tutaj, nie tam za domem, skąd dobiega wrzask.
Nie ma w tej dziwnej chwili wojennej dramaturgii, zamętu, jaki towarzyszył nalotom na Stolicę. Jest tylko spokojne wyczekiwanie, jak na upadek strąconej szklanki, gdy wiemy już, że ta roztrzaska się o podłogę. Krzyk wisi w powietrzu.
Po chwili wszystko mija. Krzyk cichnie, ludzie wracają do swoich zajęć. Nikt nie pyta co i dlaczego się stało. Tak po prostu jest. Czasem ktoś znika, czasem ginie. Ziemia potrzebuje krwi mówią do mnie miejscowi. A ty, ty będziesz żył bo niesiesz śmierć ze sobą – dodają po chwili.

– To też był rok ’74 młody człowieku. Potem zorganizowaliśmy zamach. Nie udał się. Tak, jak  zamachy w ’44. Po prostu nie wyszedł.
– Zapytam jeszcze raz, dlaczego?
– Chcesz znać prawdę?
– Tak
– Bo nie mógł się udać. Bo mógł przerwać falę przemocy, bezsensownego mordowania. Ale z Ziemią jest coś nie tak, Ziemia potrzebuje krwi.
– To niedorzeczne…
– Czyżby? Kiedy zginął Amina? Gdy jedną armię zastąpiła inna, gdy terror zamienił się w wojnę. Kiedy rozpadło się w proch imperium Hitlera? Gdy na wschodzie umocnił się Stalin i jego aparat, który przez kolejne pół wieku mordował bez opamiętania. Zawsze było tak samo: wielu próbowało przerwać czas terroru. Graf von Stauffenberg, Cichociemni, a w Ugandzie ja z Ruchem Oporu. Za każdym razem coś przeszkadzało: niewybuchający pocisk, padający deszcz, drzazga w palcu, który miał nacisnąć zapalnik. Istotne drobiazgi.
– Zły los…
– Tak nazywaliśmy to w Polsce. Zły los, pech, niemieckie szczęście… Tu, w Afryce mówią tylko, że Ziemia potrzebuje krwi. Nikt nie odważy się nazwać sił, które za tym stoją.
– Zabobony.
– Może masz rację młody człowieku. Może to tylko zabobony ciemnego ludu, może majaki starego żołnierza, któremu żar Afryki przytępił rozum. Ale wojny nadal trwają. Na całym świecie, mimo że nie brakuje ludzi gotowych je zakończyć nawet za cenę życia. Nie brakuje też ludzi takich, jak ja – którzy nie mogą umrzeć. Młody człowieku, dziś kończy się 93 rok mojego życia, przeżyłem wojnę, powstanie w Stolicy, Ugandę. Wszyscy, których znałem umarli, a ja trwam nadal. Gdzieś wokół mnie zawsze jest śmierć, szaleje wojna. Gdziekolwiek się nie pojawię tam pojawia się cierpienie, jak wtedy w ’39…

Niedziela mija nam leniwie. W tym nerwowym sierpniu doceniamy każdą chwilę kruchego spokoju. Jesteśmy niepewni o swoją przyszłość, jak wszyscy Polacy wtedy.
Od zachodu nadjeżdża niemiecka furgonetka. Stoimy na warcie, mamy obowiązek ją zatrzymać, choć wcale nam się to nie podoba. Ale w końcu to nasza granica, więc wychodzimy w czterech, uzbrojeni marnie, zbyt pewni siebie, zbyt młodzi by dobrze ocenić sytuację. Stać! – ciężarówka zwalnia, zatrzymuje się tuż przed biało – czerwonym szlabanem.
Wysiada starszy oficer. Nosi mundur III Rzeszy, choć dystynkcje ma jeszcze pierwszowojenne. – Mamy einen Vorschlag dla was – mówi łamaną polszczyzną – my też nie chcemy wojny. Możemy zakończyć to szaleństwo, potrafimy zabić Hitlera. Odeskortujcie nas do Warshau, a opowiem wszystko waszym generałom.
Łżesz! – Janek Kuźnicki, nieformalny przywódca naszej małej grupy wskazuje oskarżycielsko na oficera – Chcecie nas zmylić! Uśpić naszą czujność!
Janek z całego serca nienawidzi Niemców. Tak bardzo, że nie jest gotów odpuścić nawet, by ocalić własny naród. Szybkim ruchem odbezpiecza broń i ułamek sekundy później ciało oficera bezwładnie pada na ziemię. Inni idą w ślady Janka, strzelają. Nie mija minuta, a załoga ciężarówki jest martwa. Ja stoję i patrzę. Kwadrans później auto wraz z trupami płonie w pobliskim lesie.

– Ziemia potrzebuje krwi…
– Właśnie młody człowieku. Zawsze gdy można zapobiec szaleństwu coś staje na przeszkodzie. Jedną rzeź powstrzymuje dopiero kolejna, większa rzeź.
– Ale dlaczego tak jest?
– Nie wiem, zbyt krótko żyję by to zrozumieć. Za mało widziałem. Jestem już stary, mój czas dobiega końca, ale może ty, młody człowieku, zrozumiesz dlaczego tak jest. Może znajdziesz sposób, aby to powstrzymać…

Podziel się: