Zapach broni

Kiedy naciskał spust pomyślał sobie, że to właściwie bardzo głupie. Słowa nie wrócę wisiały w powietrzu. Pełne idiotycznego patosu, nieistotne wobec całej sytuacji. Czas zwolnił, sekundy rozciągnęły się pozostając jednocześnie lepkie i bezbarwne, jak większa część jego życia. Może to krew powinna, po raz kolejny nadać mu kolor?

Samobójstwo, figura retoryczna, ostateczny rozrachunek z życiem podszyty nadzieją na zbawienie – tak pewnie powiedziałyby jego mądre koleżanki. Ale nie było ich tutaj, zostały – jak wszystko co znał – gdzieś daleko, tysiące kilometrów stąd. A nić losu rozwijała się tutaj i teraz. Odwrotu już nie było, nadziei na zbawienie też nie. Bo któż miałby się nad nim ulitować? Góry? Góry nie są miłosierne, a tym bardziej nie oszczędzają słabych. A samobójstwo to słabość. Ośnieżone szczyty patrzyły na niego wyrażając milczącą dezaprobatę. Czuł się głupio, ale nie widział innej drogi. Może to właśnie był jego ostatni grzech? Jedyny śmiertelny, za który przyjdzie płacić piekłem aż do końca czasów…

Kiedy iglica uderzyła w spłonkę i poczuł podmuch gorąca na skroni wiedział już, że to jego ostatnie nanosekundy na tym świecie. Zaskoczyło go to, że nie stało się nic – żadnych efektów specjalnych, żadnej retrospekcji. Tylko pocisk powoli odbierający go światu – najpierw dźwięki, potem dotyk… Rozgrzany metal przewiercał jego świadomość, rozrywał świat na strzępy a on patrzył a szczyty, które miały być jego przyszłością. Wciąż patrzył, choć świat wokół cichł i marniał… Nikt nie walczy o przegranych , pomyślał, a potem świat zgasł.

Podziel się: