Wojna jest.

Wojna…

Wszędzie tylko wojna. Jedni ją przeklinają, drudzy wyśmiewają, inni jeszcze traktują jak zbawienną okazję do tego czy owego. Czasami mam wrażenie, że większość ludzi tutaj – na dole, żyje wojną od siedmiu pieprzonych lat. A przecież wojna trwała kilkanaście godzin. Przynajmniej dla większości z nas. Mój dziadek mawiał, że wojny najdłużej trwają dla polityków a najkrócej dla martwych żołnierzy.

Miałem mądrego dziadka. To dzięki niemu poradziłem sobie z tym wszystkim, co stało się w 2020 roku. On nauczył mnie jak patrzeć na świat jako szansę nie jako karę. Mój dziadek sam przeżył wojnę. Doświadczyła go Apokalipsa, może mniejsza niż ta, która spadła na nas, ale na pewno nie mniej dramatyczna. Maksymilian Kolasiński – Accardi, tak się nazywał. Nim umarł rok, przed wojną, udzielił mi wielu dobrych rad.

Mój ojciec nienawidził dziadka. Mój ojciec – pierdolony cieć w podnowojorskim zoo nienawidził człowieka, który przeszedł szlak bojowy z upadającej na kolana Polski przez Bałkany aż do okupowanych Włoch, zesłany na powrót do ojczyzny – do Auschwitz, wrócił z oddziałem Cichociemnych pod Montecassino, a po wojnie osiadł we Włoszech i stał się jednym z ważniejszych zbrojnych doradców sycylijskiej mafii. Nienawidził go tylko dlatego, ze mojemu dziadkowi udało się coś osiągnąć.

Kiedy w roku moich czternastych urodzin zobaczyliśmy, że na Nowy Jork zaczynają spadać bomby mój ojciec chciał chować się w piwnicy, czekać na komunikaty rządu, przyjazd armii i bóg jeden wie co jeszcze.

Już dwa lata wcześniej dziadek mówił, że będzie wojna. Czuję to w kościach – powtarzał – zupełnie jak w ’39 roku. I zawsze dodawał: kiedy się zacznie, ukryj się w pobliżu miejsc, gdzie wróg już uderzył. To była dobra rada człowieka, który przeżył piekło inwazji. Gdy spadły pierwsze, konwencjonalne bomby wiedziałem, że muszę posłuchać tego, czego mnie nauczył. Wziąłem więc dwie najcenniejsze dla mnie rzeczy – Colta, którego dostałem w spadku po moim dziadku i Azure – czarne szczenię pantery, które wykradłem dwa dni wcześniej z ogrodu, którego pilnował ojciec.

Ignorując krzyki i przekleństwa ojca porwałem jego samochód i ruszyłem w stronę Filadelfii. Przejeżdżałem obok jednej z tamtejszych stacji metra kiedy zobaczyłem pierwsze smugi kondensacyjne silników interkontynetalnych rakiet. Dziadek zawsze powtarzał mi – każda wojna ma znaki zwiastujące śmierć. W czasie II Wojny były nimi „sztukasy”, dzisiaj to rakiety z „atomówkami”. Kiedy zobaczysz taki znak – kryj się w pierwszej dziurze, którą masz w okolicy. Natychmiast zatrzymałem więc samochód i jak oszalały wpadłem do metra, pomiędzy spanikowanych ludzi. Biegłem coraz głębiej w tunele, czułem wstrząsy nuklearnych wybuchów, pył sypał mi się na głowę, przemykałem pomiędzy zatrzymanymi pociągami. Tak pokonałem kilka kolejnych stacji. Starałem się kierować ku centrum. Jeśli nie wiesz dokąd zmierzać – zawsze idź tam, gdzie są ludzkie siedliska. Jesteśmy sentymentalni, nie ma katastrofy, wroga czy siły natury, która powstrzymałaby nas od powrotu do miejsc, które znamy – powtarzał mój dziadek.

Dzisiaj żyję w metrze dzięki temu, czego w dzieciństwie nauczył mnie Maksymilian Accardi zwany przez niektórych „Gatto”. Uwielbiał polować. Kochał zwierzęta i uważał, że człowiek najlepiej oddaje hołd naturze stając z nią w szranki jak równy z równym w trakcie polowania.

Próbował zaszczepić tę miłość mojemu ojcu, ale ten pojął z niej tylko tyle aby starczało mu cierpliwość do karmienia kóz i podcierania zadów orangutanom. Ja rozumiałem pasję dziadka. Uczyłem się słuchać natury, rozumieć zwierzęta i poskramiać je. Polowałem z dziadkiem od siódmego roku życia. Tropiłem, wypatrywałem, szukałem i zabijałem moje ofiary.

Te proste umiejętności w Metrze okazały się bardzo przydatne. W pełnych wystraszonych, głodnych i zdezorientowanych ludzi tunelach ważni byli żołnierze, przywódcy i technicy, ale nie mniej ważny był ktoś, kto potrafił oswoić bezpańskie psy czy znaleźć zbłąkane stado krów i owiec.

Tak też zacząłem zarabiać na życie – polując jak za dziecięcych lat. Podróżowałem między stacjami, znajdowałem trzodę, pomagałem kompletować stada. Byłem kimś na kształt pasterza poszukującego zagubionych zwierząt.

Teraz jest już inaczej. Dziś Metro nie potrzebuje pasterzy. Ludzie hodują zwierzęta, nie muszą szukać ich w tunelach. Dlatego od kilku lat z każdym dniem co raz bardziej zmieniam się w prawdziwego łowcę.

Pomagam łowcom mutantów przeczesującym tunele, zapuszczam się czasami na zewnątrz ze stalkerami, czasem w nieznane tunele z diggerami. Wszędzie tam trwa polowanie, w którym człowiek nie zawsze jest myśliwym.

Takie życie mi odpowiada. Dłuższe przebywanie na stacjach mnie męczy. Nie znoszę kapłanów, od których roi się każda z nich. Jedni wierzą, że wojna była karą, inni że nagrodą, gdyż przeżyli tylko ludzie prawi (oczywiście, gdyby uczciwie zliczyć wszystkie przytaczane definicje prawości przeżyć powinna cała ludzkość). Całe watahy różnej maści klechów namawiają do wiary w metro, mutanty, jakiegoś Molocha czy słoik kiszonych ogórków.

Mój dziadek też nienawidził księży. W czasie niedoli chętnie słucha się wielkich słów i pustych obietnic. Ale to żelazo i ołów wyzwoliły Auschwitz, nie żaden bóg czy jego słowa. – słyszałem to zdanie wiele razy.

Kapłani są niebezpieczni. Sprawiają, że ludzie zapominają jaki jest cel naszej egzystencji tu na dole. Musimy zebrać siły i na powrót opanować powierzchnię. My czy nasze dzieci – to już nie istotne. Wszystko co robimy, każdy dzień wegetacji tej populacji, każda decyzja powinna być podporządkowana jednemu celowi – podnieść głowę i walczyć. Dla przyszłości.

Dlatego kasandryczni piewcy objawionych powojennych prawd powinni zniknąć z Metra, przestać mącić ludziom w głowach, odbierać nadzieję. Dlatego też zdecydowałem się przyłączyć do bractwa zwanego nietzscheanami. Właściwie przyłączył mnie do nich mój znajomy – Freddie. Jest rusznikarzem na jednej ze stacji. Kilka lat temu odnalazłem jego żonę, która zagubiła się w tunelach i od tego czasu łączy nas serdeczna przyjaźń.

Nietzschean jest niewielu – na razie. Rozproszeni po różnych stacjach podejmują rozmaite działania mające jeden wspólny cel – wyznaczenie, utworzenie i utrzymanie przyczółka na powierzchni. Przyczółka, który pozwoliłby ludziom na zaplanowanie wyjścia z Metra. Przyczółka, który dałby ludziom nadzieję i wyrwał ich z matni fałszywych kapłanów.

Chciałbym, jeszcze za mojego życia, zobaczyć ludzkość, którą znałem przed wojną – dumnie stawiającą czoła przeciwnościom. Chciałbym, żeby nasze dzieci widziały w nas ludzi takich jak mój dziadek – twardych żołnierzy, którzy przeszli piekło na własnych nogach po to, by – jak mawiał mój dziadek – dać świadectwo, że niezłomność zawsze prowadzi do tryumfu. Chciałbym zrobić coś, żeby udowodnić ludziom, że to prawda.

Takie mam marzenia. Ale teraźniejszość jest prozaiczna – jak wojna w XX wieku. Teraźniejszość oznacza walkę o chleb, zarabianie na życie i amunicję. Robię to najlepiej jak umiem. Korzystając ze wszystkiego, czego nauczył mnie dziadek. Często czuję się jak on. Rozumiem teraz, co przeżywał przemykając kanałami oblężonej Warszawy, czasami doświadczam rozkoszy tryumfu, którą czuł zdobywając Klasztor.

Poza bronią nie ma po nim żadnych pamiątek. Wszystko zostało w domu – dzienniki, zdjęcia, nagrania jego gawęd. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek koszmar, który z nich przemawiał powróci. Dziadek zostawił mi w spadku jeszcze jedną lekcję – Każda wojna kiedyś się skończy – mawiał. – Przyjdzie ktoś  na tyle odważny, aby wygrać. Musimy tylko zrobić wszystko, aby o tej kolejnej wojnie nie zapomniały przyszłe pokolenia – dlatego piszę ten dziennik. Chcę aby moje dzieci, albo ich dzieci nie zapomniały koszmaru, który my przeżywamy co dnia. Aby nie ważyły się zgotować czegoś podobnego swoim potomkom.

Podziel się: