W Mieście

Patrzę na Miasto chyba po raz ostatni. Staram się powiedzieć ludziom, powtórzyć im Eis ten polin wraz z wiatrem tej lipcowej ciepłej nocy. Ale oni nie słyszą szeptu. Nie chcą słuchać. Nie wierzą już w takie rzeczy.

Pamiętacie tę dziewczynkę uratowaną lata temu? Prawie zapomniałem jak wygląda, tyle minęło czasu. A teraz siedzi na ławce pode mną i płacze. Nie wie, komu zawdzięcza życie. Nie wierzy w przypadki i przepowiednie.

Delikatna lipcowa noc otula mnie i ją. Gdzieś daleko na wschodzie zostały dżinny Salomona, a my tutaj jesteśmy jak dwa brzegi Gibraltaru. Tu, u bram Europy, gdzie w woni orientu dumni ludzie o kruczoczarnych włosach, jak ona, zapominają ostatnie legendy ich kruchego świata. Po drugiej stronie stoję ja. Wieczny, jedyny, samotny powiernik znikającej rzeczywistości.

Kończy się bodaj ostatni dzień mojej wieczności. Bez próśb, bez bojaźni. Bez wiary. Zamykam oczy i widzę białe mury Miasta. Dotykam ziemi słysząc głos jego historii. Nie sądziłem, że umrę wcześniej niż ono. Nie przypuszczałem, że ludzie nie będą potrzebowali duchów, że przestaną im wierzyć. A Miasto staje się obce i martwe. Domy to tylko stosy cegieł, świątynie to puste magazyny.

I nagle ona – jej płacz, jej smutek i żal. Zupełnie jak Nefretete eony temu nad brzegiem Cieśniny, nim zobaczyła Egipt. Ktoś umarł. Ktoś jej bliski.

Dziewczyna płacze, a drzewa pochylają się nad nią. Rozkwitają kwiaty. Pachnie deszczem, nadzieją łagodnego lata. To wszystko co mogę zrobić. Eis ten polin szepcę a ona spogląda na Cieśninę. Zna przecież te słowa, słyszała je lata temu. Dziękuję – mówi cicho i przytula się do pnia wielkiego dębu pod którym siedziała.

Uśmiecham się i odchodzę powoli w licową noc, w kolejny dzień niepewnej wieczności. Eis ten polin. Ja testem Miasto, a Miasto przecież trwa.

Podziel się: