Tag: powrót

I dalej…

Pośrodku mlecznobiałej pustki zmaterializowała się postać. Średniego wzrostu mężczyzna szedł spokojnie otoczony świetlistą łuną pogrążony w rozmyślaniach. Kolejny świat zmierzał ku zagładzie. Ich tworzenie i destrukcja były szczeblami drabiny doskonałości, nieodzowną ceną przelewania absolutu na materię. Ta Ziemia wydawała się dobra. Wystarczyło jedynie kilka kosmetycznych zmian. Ostatecznie to wybór Alexa sprawił, że zagłada stała się nieunikniona. Cóż, wolna wola była trybikiem, który najtrudniej było wpasować w mechanizm świata, jednak bez niej nie mógł on istnieć.
– A więc kolejny koniec – mruknął beznamiętnie pod nosem Wszechmogący, jednocześnie we wszystkich istniejących kiedykolwiek językach. Nie był zmartwiony tym, że dzieje Ziemi zaczną się od początku, w końcu najważniejsza była doskonałość.
Tuż przed Jedynym pojawiły się cztery koty. Duże, czarne i dumne zwierzęta prężyły się i przymilały. Bóg pogłaskał każdego z nich. – Pora odejść moje piękne – szepnął. Koty zapiszczały.

***

To, co Razjel zobaczył w Wierzy Metatrona przeszło jego najśmielsze oczekiwania – wiekowy anioł siedział za biurkiem i z zapamiętaniem wertował opasłe tomisko.
– Witaj młody przyjacielu – odezwał się znad woluminu – nie wiem, co cię dziwi. Nadszedł czas końca i przebudzenia. – jego głos był piękny i spokojny.
– Potrzebujemy twojej rady Czcigodny – Książę Tajemnic skłonił się przed Metatronem – Przypuszczam, że znasz sytuację.
– Tak Razjelu. I dużo lepiej od was zdaję sobie sprawę z naszego opłakanego położenia.
Pod archaniołem ugięły się kolana. Jeżeli Metatron mówił, że jest źle, to obrót spraw musiał być tragiczny. Natychmiast przywołał do Wierzy Gabriela i Michała.
– Dlaczego uważasz, że 100 lat, to byt optymistyczna prognoza? – Pan Objawień nie dał się pesymizmowi Głosu Boga.
– Bo stało się coś strasznego. Wiem, że Wszechmogący obiecał nam wiek od zwiastunów do rozpoczęcia Apokalipsy by uratować jak najwięcej dusz, ale teraz koniec świata nie dzieje się na ziemi – Metatron z politowaniem spojrzał na Gabriela – Wojna nieśmiertelnych nie zachwieje materią. Ona dotknie samych Węzłów.
– Węzłów? – Michał i Razjel jednocześnie wyrazili swoje bezgraniczne zdziwienie. Byli jednymi z najstarszych aniołów, pamiętali milenia, jednak to pojęcie słyszeli po raz pierwszy. Nie mówiono o nim na Ziemi, nie było go wśród niebiańskiej ani piekielnej wiedzy. Cała trójka, zbita z tropu, spojrzała na Metatrona, który zrozumiał, że archaniołowie muszą poznać historię od początku.
– Nie wiecie nic o Węzłach, bo chyba tylko ja je pamiętam – Głos Boga mówił w skupieniu, odnajdując wspomnienia sprzed eonów – Zanim Bóg stworzył świat powołał do życia cztery strumienie – materii, energii, życia i czasu. To dzięki nim trwa całe istnienie, one zachowują ciągłość Stworzenia, zapewniając byt także nam – nieśmiertelnym. Kiedy rozpoczęliśmy wojnę Węzły stały się niestabilne, nikt nie wie jak długo wytrzymają. Gdy którykolwiek z nich pęknie, świat się skończy.
W przestronnej komnacie na szczycie Wierzy zapadła wymowna cisza. Wyjrzeli przez ogromne okna ku górze. Tam, między chmurami stał pałac Najwyższego. Wiedzieli, że on też na nich patrzy. Choć Bóg zamknął się w swojej siedzibie tuż po stworzeniu Świata dając im wolną wolę, cały czas czuli jego przepełniającą obecność.
– Nie mamy czasu na podziwianie widoków – moment nabożnego zapomnienia przerwał Pan Objawień – Musimy zrobić coś, aby ratować dzieło Stwórcy
– I dlatego chcesz paktować z Lucyferem? – rzucił gniewnie Razjel
– Gabriel ma rację archaniele. Upadły, jego poplecznicy i władcy magii to nasza jedyna nadzieja – Metatron spokojnie skwitował ironiczną uwagę Księcia Tajemnic, który z marsową miną odwrócił się powrotem do okna.
– Przecież piekło nas oszuka, wiecie o tym – mówił Książę Tajemnic stojąc tyłem do reszty, by nie widzieli jak jest wściekły – z Niosącym Światło nie można się dogadywać. Nie damy rady utrzymać takiej umowy.
– Razjelu, Lucyfer też wie, że koniec będzie ostateczny dla wszystkich – nieoczekiwanie do sporu wtrącił się Michał – Myślę, że uda nam się go przekonać.

***

W pałacu Niosącego Światło panował spokój. Znany ze swojego chłodnego opanowania władca piekieł zdawał się traktować wojenną zawieruchę jak spodziewaną od dawna huczną uroczystość. Wszystkie narady odbywały się planowo, bez pośpiechu.
– Kiedy w końcu zabierzemy się do działania? – Sonnillon niecierpliwie spojrzał w kierunku Lucyfera. Fakt, że demon nienawiści tak skutecznie opierał się szałowi wojny był niewyobrażalną ironią losu.
– Nie tak szybko – Lucyfer omiótł wzrokiem zebranych w obszernej sali – najpierw potrzebujemy zabezpieczenia – zawiesił głos.
– Przed czym? – nie wytrzymał Mefisto siedzący vis a vis gospodarza
– Stosowniej byłoby zapytać przed kim – wyjaśnił Niosący Światło z szelmowskim uśmiechem – Musimy mieć kartę przetargową dla niego – podsumował.
– Chodzi o tego Twojego Alexa? – Baalberyt obeznany w kontaktach z ludźmi nadal nie mógł uwierzyć w ogromne znaczenie śmiertelnika.
– Może pomogą nam inni bogowie – zaproponował Sonnillon
– Chodzi ci o Zeusa, Wirakocza i im podobnych? – spytał zdziwiony Beliar, siedzący obok Lucyfera, a widząc potakiwanie demona nienawiści prychnął z pogardą – To tylko płotki, nie mają dość siły by władać dziś śmiertelnikami.
– Pomniejsi bogowie to odpryski mocy Jedynego, przypadkowe odpady z dzieła Stworzenia – fachowo uzupełnił Niosący Światło – Są jak krople strzepnięte z parasola – mimo, że to woda, nigdy nie ugaszą pragnienia, ani nie będą miały siły ulewy i powodzi
– Zapomniałeś, że to porównanie nie dotyczy wszystkich bogów – do sali wszedł Eligos, jeden z największych piekielnych strategów – Niektórzy byli silniejsi od cherubinów – przypomniał
– Ale ta garstka siedzi teraz w pałacu ze Stwórcą i pociska anielice – podsumował go Beliar.

Podziel się:

Alex is back

Zdawało jej się, że już raz tutaj była. – To niedorzeczne – pomyślała szybko, ładując broń. Mer nie żył, w mieście panował chaos. Przed policją stała jedyna szansa ukarania mordercy – tu i teraz.
Dowodziła niewielkim oddziałem, który bezszelestnie przemykał pod fasadą starej kamienicy. Weszli po schodach, strzał musiał paść z wysoka. – Ostatnie piętro – rzuciła i siódemka komandosów ruszyła do akacji. Nagle stanęła jak wryta. – Tamte drzwi – wskazała palcem i biegiem ruszyła przez korytarz. Wiedziała. Nie wiadomo skąd i dlaczego wiedziała, że właśnie tam go znajdzie. Wywarzyli drzwi. Wpadła do środka i zawahała się. Alex?! To nie możliwe, każdy tylko nie on. Ta chwila nieuwagi kosztowała ją życie. Postać po drugiej stronie pokoju obróciła się błyskawicznie. Nawet nie poczuła bólu. Ciepło w okolicach serca, odpływała w światło. Kiedy otworzyła oczy otaczał ją krąg postaci.
– To, co mamy, nie wystarczy – rzucił gniewnie wysoki jasnowłosy mężczyzna.
– Nie możemy cofnąć czasu bliżej niż do momentu jej śmierci – odparł bezradnie człowiek, który kogoś jej przypominał. Kogoś, kto żył dawno temu.
– Musi istnieć jakiś sposób Dżibril! Nie ma sytuacji bez wyjścia – stojąca w kącie postać o hebanowej cerze zdawała się emanować spokojem.
– Nawet gdybyś wydarł z niej duszę Lucyferze, niczego nie zdziałasz – blondyn teatralnie opadł fotel.
Chociaż chciała się odezwać nie mogła zrobić niczego. Poczuła tylko jak coś wdziera się do jej myśli –inna jaźń, potężna i mroczna. Zemdlała.
Lucyfer rozmyślał. W pamięci dziewczyny było za mało wspomnień. Zdjęcie spłonęło, a Lokiego uśmiercili gdzieś podczas czyśćcowej bitwy. Pośród nieśmiertelnych pozostało niewielu, którzy jeszcze opierali się bezbrzeżnej rządzy walki – archaniołowie, arcydiabły, kilka demonów i garstka magów. Musieli znaleźć rozwiązanie bardzo szybko, inaczej świat rozpadnie się w ciągu najwyżej stulecia. Potrzebował czegoś, co obudzi jej wspomnienia. Nie miejsc i zdarzeń tylko rzeczy.
– Pora wrócić na Ziemię Panie Objawień – wychodząc z cienia Niosący Światło z niesmakiem spojrzał na lewitującą po środku pokoju duszę.
– Po co chcesz tam iść? Niczego nie znajdziemy. On umarł tutaj, a ona zniszczyła wszystkie pamiątki, jakie po nim miała.
– Choć raz nie bądź taki sceptyczny. To nasza ostatnia szansa. – diabeł otworzył portal, gestem zaprosił anioła do drogi…

***

Kiedy złamał laskę był pewny, że umrze. I rzeczywiście, w pierwszej chwili tak się czuł – rozsypywał się jak piasek. A potem nastała ciemność. Spadał w mroczą otchłań. Na początku było przyjemnie – uczucie zawieszenia, błogości. Później przyszła niepewność, a kiedy stracił rachubę czasu zaczął się obłęd. Zdawało mu się, że leci w dół latami i przebył już tysiące kilometrów.
We wszechogarniającej czerni powoli zapominał – imienia, tożsamości, przeszłości. Stawał się tabula rasa i gdy zalało go światło z ulgą pomyślał o upragnionym końcu…
– Twoim końcem był pierwszy z wyborów Alexie – już nie spadał. Stał pośrodku mlecznobiałej nieskończoności, a głos rozsadzał mu głowę.
– Przecież moja dusza się rozpadła. Umarłem w czyśćcu – pomyślał. Dezorientacja. Aniołowie? Magowie? Czarty?
– Bóg, głupcze – padł na kolana rażony tymi słowami – Możesz wątpić w moje istnienie, ale to ja cię wybrałem. – Alex nie wiedział, co powinien zrobić. Absolut go przerażał, pożerał i wypełniał. Tymczasem głos znów odezwał się gdzieś w jego świadomości – Tak, człowieku. Umiem czytać w myślach, stwarzać światy, niszczyć istnienie i zmieniać los. Potrafię to wszystko, czego boisz się teraz. Ale to nie jest ważne. Twoja droga nie mogła skończyć się wraz ze śmiercią. Wtedy zaprzeczyłbym sobie. Przeszedłeś pierwszy test.
Wszystko ucichło, mleczna jasność zaczęła szarzeć, a zakrywany przez nią świat nabierał ostrości. Stał na cmentarzu – dziwnie znajomym. Nieopodal dwie postacie gorączkowo rozkopywały jedną z mogił.
Poznał Gabriela i Lucyfera. Nagle zrozumiał czyj to grób – Jej. Kochał ją, nienawidził, przeklinał, zabił, ale nie chciał pozwolić, by stała się częścią wyrafinowanej gry nieśmiertelnych. Odruchowo sięgnął po broń.
To już kiedyś się zdarzyło.
– Brawo, świetny refleks… Na imię mi Dżibri… – Tamta kamienica, obrazy mignęły mu w pamięci, przed oczami miał znów cmentarz. Zmierzył, wycelował do jednego z kopiących.
– Zastanów się! Daję ci szansę! -Dziękuję, nie skorzystam… – Strzelił do opartego o nagrobek anioła. Ten znów cofnął się – dokładnie jak wtedy…

Podziel się: