Z baśni z dzieciństwa

Gdybym miał sobie wyobrazić ostatni dzień mojego życia mógłbym powiedzieć o nim wiele, jednak nigdy nie przypuszczałbym, że trafię na drugi świat w takich okolicznościach, jakie faktycznie stały się moim udziałem.
16 lipca 1930 roku był dniem ciepłym i słonecznym, ot kolejną w długim życiu niedzielą spędzoną gdzieś pomiędzy podwórkiem, restauracją a kolonialką w niewielkiej wielkopolskiej wsi. Ustrojony kościół wyglądał wtedy pięknie, a zapach letnich pól niósł się aż na dziedziniec naszego wyszynku, gdzie królowała wszakże woń miąs i przypraw.
Nigdy nie należałem do strachliwych i to pewnie było przyczyną mojej zguby. Z resztą po raz wtóry.
Kiedy lipcowym popołudniem na podwórzec restauracji zajechał zaprzężony w białe konie powóz niosący w swych trzewiach jakiegoś wędrowca od razu doskoczyłem do furtki. Jego konie, choć dorodne nie pachniały sianem, a powóz – choć czarny jak większość, w letni dzień bił wyraźnym chłodem. To był zły omen.
Wędrowiec tymczasem wysiadł. Znać było, że z miasta i bogato urodzony. Spod pięknego surduta wystawały poły jedwabnej koszuli, a skórzane oficerki skrzyły się słonecznymi refleksami ciosanymi przez wypolerowane cholewy. Gdy mężczyzna wszedł w gwar gospody wszelkie problemy niedzielnego popołudnia ucichły na moment – taki wzbudzał posłuch samą już swoją aparycją.
Nie słyszałem co działo się w środku. Gwar powrócił a życie, które na chwilę zatrzymało swe leniwe tempo zaczerpnęło kolejnego niespiesznego oddechu.
Poczułem jednak, gdy wyszli na zewnątrz. Wędrowiec, gospodarz i kilku innych. Podenerwowani wyraźnie, pełni buty i skorzy do bitki.
– Nie miniesz pan furtki, nim ogar doskoczy – usłyszałem właściciela wyszynku, gdy z dumą wskazał wrota podwórca
– O litr najlepszej gorzały założę się, że pies mi krzywdy nie zrobi. Na rękach go panu przyniosę, potulne to zwierzę – upierał się przybysz.
– Nie szkaluj pierwszego z łowczych w okolicy – rzucił ktoś gniewnie spod drzwi gospody.
Nim sfara rozgorzała na dobre nieznajomy ruszył do furtki. Nikt go nie zatrzymał, nikt nie śmiał podnieść głosu ni ręki. I wtedy zrozumiałem czymże są konie bez zapachu i wóz, który w skwarze nie znosi ciepła. Kiedy spojrzałem twarz miał spokojną. Zdradziły go tylko oczy. Dlaczego oni nie widzieli? Nie wiem. Dlaczego proboszcz nie bił w dzwon? Tego samo licho chyba nie zrozumie.
A on szedł i pochmurniał z każdym krokiem. Na twarz wstąpił mu najpierw grymas wściekłości, potem pokazał prawdziwe oblicze. Brunatna skóra, tysiące blizn i rysy tak szpetne, że lustra pękały pod ich naporem.
Tak chwycił mnie Władca Much na ręce, a ja nie mogłem nawet skomleć przytłoczony jego mocą i złem. Nikt nie uciekł, kiedy się do nich odwracał. Jakby nie widzieli, zamroczeni czarnymi siłami. I przyniósł mnie wprost do szynku.
– Potulny pies – odezwał się do nich
– I sika ze strachu przed byle miastowym – szepnął ktoś z tyłu
Ostatnie, co pamiętam to mój pan i broń, a potem zimny błysk. Odszedłem ja, odeszło zło. Choć liczyło pewnie na więcej, to ja nie mogłem zachować się inaczej. Tylko moja potulność mogła ich ocalić. Inaczej zły zabrałby każdego, kto podniósłby nań dłoń w kłótni. Nie od razu, o nie – po tygodniach czy latach, w chorobach i wypadkach, ale zginąłby każdy jego przeciwnik.
I tak skończyła się moja pokuta. Ostatni dzień życia, kres wieków wśród ludzi i pierwsza okazja do poświęcenia – mojego – Ezechiela, anioła spośród Tronów.

Podziel się: