Skoczek

Moment, kiedy skacze jest taki monumentalny. Z rozłożonymi rękami, krok za krawędzią urwiska wygląda jak orzeł, który właśnie zerwał się do lotu. A potem pikuje, mknie niczym strzała w dół, spięty, zwarty w sobie z wyrazem zacięcia na twarzy, jakby polował na coś. Albo na kogoś.


Gdy widzę go wtedy wydaje się wiecznie młody, idealny, jakby ten skok zmył z niego nie tylko brzemię tego, co wydarzyło się w jego życiu ale także wszystkie jego skazy i niedoskonałości. Czas płynie wolno, tak wolno że mogę spojrzeć mu w oczy kiedy spada. Piękne oczy, pełne smutku i spokoju.

Wszystko trwa bardzo długo, choć klif nie jest wysoki i kulminacyjny moment, gdy mój osobisty Ikar w rozbryzgu krwi i kości spotyka się z matką Gają, powinien nadejść niesłychanie szybko. Ale nie nadchodzi. Każe na siebie czekać, a gdy już się następuje trwa uparcie i długo. Nieznośnie wręcz.

Ten sen prześladował mnie latami. Nie wiedziałem kogo dotyczy, nie potrafiłem rozpoznać szpakowatego mężczyzny mknącego ku ziemi ani miejsca, gdyż Polsce, w której przyszło mi żyć bóg poskąpił takich widoków i takich skał. Dziś, kiedy po wielu latach emigracji stoję tutaj, na klifie u wybrzeży Bar Harbor wiem, że to byłem ja.

Robię krok, rozkładam ręce. Znam tę drogę na pamięć. Ale teraz czas nie płynie tak wolno, nie mogę myśleć aż tyle. W tym szaleństwie zadaję jedno pytanie:

Jest bóg?

Nie…
ma…

Odpowiadają skały, które całuję przy upadku.

Podziel się: