Rogalińska nostalgia

W weekend odwiedziłem rogaliński pałac Raczyńskich. Wyremontowany gigantycznym nakładem pracy i środków oddział Muzeum Narodowego pozostawił mnie z bardzo mieszanymi uczuciami. Z jednej strony byłem bowiem zachwycony magnacką potęgą tego miejsca a z drugiej nie pozwolono mi zapomnieć o muzealnej mentalności rodem z PRL, a cały czas człapało za mną widmo filcowych kapci.

Na to jak oceniamy daną atrakcję turystyczną wpływa nie tylko jej obiektywna wartość historyczna czy estetyczna, ale także wrażenie jakie wywołuje w nas kontakt z tym miejscem. Podobnie jak w handlu czy usługach obsługa i podejście do klienta jest bowiem warte tyle samo co dobry towar. Niestety od samego początku wizyty miałem wrażenie, że w Rogalinie zrobiono wszystko, żeby to wrażenie było jak najgorsze.

Kiedy tylko pojawiamy się przed pałacem wita nas pani, która pobiera opłaty za parkowanie. Nigdzie nie ma widocznych znaków o tym, że parking jest płatny. O paragonie za usługę możemy także zapomnieć (ja przynajmniej takowego nie otrzymałem, inkasentka nie zająknęła się nawet o jego wydaniu, nie było także widocznej kasy fiskalnej). Nie zamierzam szerzej dyskutować o cenie tej przyjemności, napomknę tylko że 6 zł (netto jak mniemam, skoro paragonu ani rachunku nie otrzymałem) za stanie w błocie na niestrzeżonym parkingu to nie mało.

Kolejną niemiłą niespodzianką jest wizyta w kasie. Przy okienku, zaaranżowanym jak rasowy urzędniczy boksik w komunistycznej placówce administracji (musimy schylić się aby porozmawiać z obsługą kasy, wiadomo petent musi znać swoje miejsce), wita na doklejony na prędce wydrukowany na kartce napis „Tylko gotówka / Cash only”.  Rozumiem, że umożliwienie płatności kartami nie jest niczyim obowiązkiem, żyjemy jednak  w takim a nie innym świecie i co raz więcej ludzi (szczególnie młodych) korzysta wyłącznie z tej formy płatności. Według mojej najlepszej wiedzy najbliższe bankomaty znajdują się przynajmniej kilkanaście kilometrów od Rogalina, jeżeli więc nie jesteśmy gotowi na wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych to czeka nas kilkadziesiąt kilometrów w drodze do bankomatu (tę przyjemność polecam szczególnie rowerzystom 🙂 ).

O ile oczywiście uda nam się w ogóle dostać do muzeum. To bowiem, dla osób pracujących, nie jest takie proste i oczywiste. Pałac czynny jest do 16:00 (17:00 w okresie umownie nazywanym letnim), co implikuje, że pracując (nawet w godzinach standardowego etatu) musimy wybrać się tam albo w weekend albo wziąć urlop.

Rzecz kolejna, acz nie ostatnia, to pieniądze. Zwiedzanie Rogalina nie jest tanie. Normalny bilet kosztuje 35 zł (sic!), więc cztery osoby dorosłe zapłacą 140 zł (przypominam – koniecznie gotówką!) za przyjemność około 1,5 godzinnego spaceru. Zadziwia mnie, że instytucja dotowana z publicznych pieniędzy oraz dofinansowana przez Unię Europejską (o czym informuje się nas na każdym kroku), żąda od nas tak dużych pieniędzy. Słowem bym się o tym nie zająknął gdyby chodziło o przedsięwzięcie komercyjne (sam kupuję bilety do IMAX w podobnych cenach), tutaj jednak mówimy o instytucji kultury która czerpie z moich podatków na sfinansowanie swoje działalności!

Kwestia ceny biletu staje się jednak jasna kiedy tylko przekroczymy bramy pałacu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że muzeum realizuje politykę zapewniania zerowego bezrobocia poprzez nadmierne zatrudnienie, która była niezwykle popularna w poprzednim systemie. Jak bowiem wytłumaczyć, że każdej grupy zwiedzających wyposażonej w audioprzewodniki pilnują dwie panie z obsługi? Dosłownie pilnują, bowiem jedynym ich zadaniem jest zagradzanie drogi do kolejnych pomieszczeń niczym mityczny Cerber strzegący wrót Hadesu oraz zaganianie maruderów (jak pies pasterski), którzy zbyt długo przystają w jakiejś sali zachwyceni eksponatami. Poza tymi zajęciami, z moich obserwacji wynika, że głównym zajęciem obsługi jest plotkowanie i zacieśnianie więzi towarzyskich (choć mogę się mylić i być może po prostu jak w starym kawale o robotniku biegającym po budowie z pustą taczką, był taki za***dol, że nie było kiedy załadować).

Zdaję sobie sprawę, że pracownicy Muzeum Narodowego mają przygotowane argumenty na przedstawione przeze mnie zarzuty. W końcu status quo zapewnia utrzymanie (na oko) kilkunastu osobom, które przy lepszej organizacji pracy byłyby nie potrzebne, a które (jak mniemam) miałyby ogromny problem znaleźć sobie inną równie ciepłą posadę. A o własne pieniądze trzeba dbać.

Nim jednak te argumenty wybrzmią polecam wszystkim (również postronnym) udać się na poznańską wyspę katedralną (Ostrów Tumski – gwoli wyjaśnienia) i zobaczyć jak tam zorganizowano przyjazne turystom zwiedzanie.  Dziwnym losu zarządzeniem zwiedzających z audioprzewodnikami nie pilnuje dedykowana każdej grupie obsługa, za bilet można zapłacić kartą, parking jest darmowy a sam bilet (choć obejmuje trzy obiekty w dużym mieście) jest o 7 zł tańszy.

I tak, jeszcze nim na dobre przekroczymy bramy pałacu, dochodzimy do smutnej dygresji, że w Rogalinie robi się wszystko, żeby odwiedzającego zniechęcić, pokazać mu gdzie jest jego miejsce w szeregu i przekonać, że zwiedzanie muzeum to wcale nie taka prosta sprawa.

Osobiście bardzo żałuję, że placówkę tę zdominowało takie podejście. O dziejowej wartości rogalińskiego pałacu nie muszę chyba nikogo przekonywać. Choć większość jego wnętrz to laurki odtworzone przez sztukatorów a nie oryginały (co oczywiście jest zasługą naszych „braci” z Niemiec a nie muzealnych zaniedbań), to nadal jest on jednym z najważniejszych dla Polski miejsc, w którym polskość nie umarła nigdy i w którym Polska się tworzyła oraz o Polskę walczono.

Moim zdaniem miejsce to powinny odwiedzać tłumy na równi z Gnieznem, poznańskim Ostrowem Tumskim, warszawskim Łazienkami czy krakowskim Wawelem. Powinniśmy, my Wielkopolanie, być dumni, że to nasza ziemia wydała tak zacny ród i w otwarty sposób pokazywać to innym.

Tymczasem, opuściwszy Rogalin, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że miejsce to stało się muzeum dwójnasób – z jednej strony jako zachowany dla potomnych pomnik Raczyńskich, z drugiej jako smutny pomnik podejścia do muzealnictwa i dóbr kultury jakie królowało w poprzednim (miałem nadzieję, że dawno minionym) systemie.

Podziel się: