Przez pokolenia

Nie zwykłem pisać listów czy dzienników. I choć będąc w Akademii stworzyłem wiele prac, to nigdy nie miałem potrzeby spisywania historii własnego życia i przemyśleń. Ani to dla potomnych, ani dla czczej zabawy. Teraz jednak dużo się zmieniło. Na tyle dużo, że zanim podejmę następny krok, powinienem chyba sam przed sobą podsumować swoje życie. I najlepiej zrobić to tu i teraz, jeszcze nim wyruszę do Indrol…

Istnieją na świecie uniwersalne historie. Koncepty, które funkcjonują niezależnie od czasu czy miejsca, w których się je opowiada. Znamy je wszyscy – legendy czy podania szeptane nam przez babcie i piastunki w kołyskach albo śpiewane przez trubadurów w karczmach upstrzone rubasznie ku uciesze tłumu.

Dziwi mnie, że tak niewielu ludzi zastanawia się dlaczego mamy takie historie? Dlaczego kiedy słyszymy o dziewczynce idącej przez las instynktownie spodziewamy się chatki i babki na końcu jej drogi? I to nie zależnie od tego czy jest to mała dziewczynka z dziecięcej bajki czy ruda Alora z żołnierskiej przypowiastki.

Ja też długo się nad tym nie zastanawiałem. Przez prawie dwadzieścia lat życia starałem się ignorować kołaczące się w mojej głowie myśli o tym, że wszystko wokół nas jest splecione i jedno zdarzenie jest dalekim echem drugiego. Jak kręgi na wodzie, gdy wpadnie w nią kamień. Czasami kręgi interferują i fale stają się silniejsze. Pewnie wiedzą dobrze o tym urupiańscy żeglarze, dla których morze Aras jest domem. Szkoda, że nie ma żeglarzy losu, który mogliby powiedzieć nam coś więcej o tych wielkich falach przeznaczenia, które mogą wpływać na nasze istnienie.

Jeżeli ta teoria jest słuszna, to w życie moje i moich najbliższych ktoś musiał wrzucić wiele dużych kamieni sprawiających, że potężne pływy rzuciły ku sobie na pozór niezwiązanych Dawców Imion.

O tym, że jestem adoptowany wie całe Indrol. Nie trudno się z resztą zorientować, zważywszy że moimi rodzicami są elfy. Darora i Perris przygarnęli mnie gdy miałem około trzech lat. Wykupili, to będzie właściwszym słowem, od handlarzy niewolników zdążających z Vivanne do Iopos. Potraktowali mnie jak syna: dali imię, nazwisko i wychowanie. Niewiele pamiętam z mojego wczesnego dzieciństwa – krzyk, ból i głód. Ale kiedy trafiłem pod ich dach wszystko było dobrze, stałem się Vamenor’em Bael-Re na długie lata zapominając, że mnie w ramiona tej kochającej pary elfów zagnała własna fala losu, której pamiątkę noszę do dziś pod sercem.

Dorastałem w spokojnym na pozór, domu dwójki artystów – malarki i kartografa. Moja mama to jedna z lepszych pejzażystek w okolicy. Cały nasz dom to wielka galeria pełna portretów, pejzaży i map. Znam w nim historię prawie każdego dzieła. Z wyjątkiem jednego – akwareli urupiańskiego malarza van Hersta, Młyn Wodny. Ten spokojny i sielski krajobraz skrywa coś niepokojącego. Chmury są nieco zbyt ciemne, jakby odbijały mrok dalekiej burzy, zasnuwająca horyzont mgła wydaje się niezdrowa, chorobliwie blada a ludzie, choć pozornie zajęci swoimi sprawami zdają się zerkać nerwowo w lewo, jakby biegnącą tamtędy drogą niebawem nadjechać miało coś strasznego. Matka nie chce mówić o tym obrazie, a ojciec blednie na samo wspomnienie o nim. Nigdy nawet nie wytłumaczyli skąd wziął się w naszej małej galerii.

Moja rodzina przyzwyczaiła mnie jednak do tajemnic i nauczyła je szanować. Choć mój ojciec jest uznanym kartografem, to mapy są tylko artystyczną aktywnością, która pozwala mu odpocząć od prawdziwej pracy. Perris Bael-Re jest kryptologiem Szwadronu Srebrnego. Bywa też nawigatorem ich oddziałów. Mało kto o tym wie. Praca w kontrwywiadzie jest cicha i dyskretna, ale nadgraniczne miasta takie jak Iopos zawsze potrzebują ludzi dbających o to, by być krok przed wrogami (i sojusznikami jeżeli trzeba). Wojna szpiegów trwa i nie ma w niej sprzymierzeńców poza naszymi własnymi oddziałami.

Tak właśnie mijały mi dni. W rodzinnym domu pełnym miłości ale i spraw o których mówić nie było wolno. To wszystko było jednak wyłącznie tłem. Znajomi, rodzina, przyjaciele, dziewczyny stanowiły jedynie dodatek. Nad wszystkim co spotkało mnie w życiu górowała jedna myśl, że każde wydarzenie w moim życiu jest swego rodzaju pokutą. Nawet spektakularne sukcesy okazywał się konsekwencji dotkliwymi porażkami. Gdzieś w mojej głowie majaczyły wyrzuty sumienia, sam nie wiem dlaczego i jakich czynów dotyczące. Czułem się tak, jakbym płacił za czyjeś grzechy. I czułem się tak, jakby miało to trwać do końca mojego życia.

Pomimo tego wszystkiego przez wiele lat udawało mi się unikać dogłębnego rozmyślania o losie i jego meandrach. Zdarzenia z mojego życia, choć dziwnie splecione, zdawały mi się zlepkiem odosobnionych historii i plątaniną niezrozumiałych wątków. Udawało mi się żyć w tej błogiej ignorancji dopóki nie trafiłem do akademii. Tam czekała na mnie wiedza. A wiedza zawsze jest początkiem niebezpiecznej ścieżki…

Oprócz studiów nad magią poświęciłem się studiowaniu moich własnych losów. Blizna, którą mam na piersi była bodaj najlepszym punktem dla rozpoczęcia tych poszukiwań. Z razu wydawało mi się, że jest ona efektem niedopełnionej obietnicy krwi. Jakąż jednak obietnicę złożyć mogło kilkuletnie dziecko? I od razu jej nie dotrzymać?

Niestety Kupiecka Akademia Jerris, choć aspiruje do miana jednej z najlepszych szkół adeptów w Barsawii, nie ma ambicji i zasobów wyjść ponad przybytek po prostu solidnie kształcący adeptów w swoim fachu. Jej archiwom brakuje wiele do przepastnych bibliotek ioposkańskiej Alma Mater czy wiekowych księgozbiorów akademii Wielkiego Targu.

Jerris zwane jest jednak miastem Popiołów i jeżeli czegoś nauczyły mnie lata spędzone tutaj, to właśnie tego, że wśród popiołów można znaleźć diamenty a okazji i sojuszy szukać należy z otwartym umysłem nawet tam, gdzie pozornie nie ma na nie szans.

Dzięki zasięgnięciu języka udało mi się ustalić, że Gerion, jeden z członków Rady Kupieckiej, jest miłośnikiem awanturniczej historii Barsawii. Jako niespełniony poszukiwacz przygód, któremu majętna rodzina zabroniła wyruszyć na szlak, skrycie kolekcjonuje artefakty i historie związane z drużynami przemierzającymi kontynent w poszukiwaniu pradawnych skarbów.

Jednym z elementów jego kolekcji okazał się być niepozorny tekst – Przez pokolenia. Opowiada on historię Hangsa Guderiana i Vladisa Raginisa, krasnoluda i elfa, konkurujących ze sobą legendarnych poszukiwaczy, którzy wyruszyli na Pustkowia śladem zaginionego therańskiego eksperymentu nazywanego krwawy kot. Ten silny amulet magii krwi miał sprawiać, że magia śmierci czerpiąca swą siłę od zwierząt miała być równa magii śmierci czerpiącej siłę od Dawców Imion. W trakcie poszukiwań (lub już u ich zwieńczenia) śmiałkowie spotkali się w starożytnej grocie, gdzie mieli stoczyć pojedynek przeciw sobie. Jak mówi legenda stoczyli jednak krwawy bój z bardzo silnym Horrorem. Choć tekst nie wymienia jego nazwy, to opisuje dokładnie przebieg starcia, w którym śmiertelnie ranny Vladis w ostatnim akcie bohaterstwa ratuje Hangsa przed ciosem Horrora, wypędzając nieprzyjaciela w Astral. Nim jednak Vladis umarł, poruszony jego poświęceniem Hangs złożył mu obietnicę krwi, że odnajdzie wygnanego Horrora i zniszczy go raz na zawsze. Tak oto połączyły się dwie potężne emanacje krwawej magii, tworząc silny i nierozerwalny splot. Guderian wrócił do swych włości w pobliżu Urupy, mijały tygodnie, miesiące i zrezygnował z wypełniania przysięgi. Zgodnie z ustanowioną przed wiekami prawidłowością jego czoło i pierś ozdobiły runiczne blizny. Magia tych splecionych zdarzeń była jednak tak silna, że jak podaje tekst, runiczne blizny w różnych miejscach miały także jego dzieci a nawet dzieci jego dzieci.

Okazało się więc, że podobny przypadek już się zdarzył. Ruszyłem tym tropem, spoglądając niepewnie w stronę drogi niczym ludzie z obrazu w moim domu. Któryś z moich rodziców musiał być adeptem, to pewne. Potwierdzili to nawet wykładowcy Akademii. Przez ostatnie dwa lata każdą wolną chwilę poświęcałem na próbę ustalenia jakichkolwiek faktów w tej sprawie.

Wiem, że karawana od której mnie odkupiono złupiła niewolników z niedobitków grupy w okolicach Lśniących Szczytów. To jedyny trop jaki znalazłem. Dzięki sprytowi i życzliwości mistrzów Akademii (a także przychylności mojego ojca) udało mi się porównać skrupulatne zapiski jerriskańskiej biurokracji ze strzępkami dat i informacji jakie sam posiadałem.

Około rok przed moimi narodzinami ludzki kupiec Akhal Bergson zebrał sporą karawanę składającą się między innymi z kilku adeptów i wyruszył ku podnóżom Lśniących Szczytów, gdzie ponoć znajdować się miały przynależne jego rodzinie skarby. Ostatnią, lakoniczną wiadomość od Bergsona otrzymał jego zmarły przed dekadą wuj – Ingmar Arston. Krótka notatka: „Mamy to” była ostatnim znakiem życia ekspedycji.

Tu trop się urywał, a ja przez długie miesiące miotałem się nie mogąc znaleźć żadnych rozsądnych informacji. Aż pewnego razu w jednej z karczm Jerris usłyszałem balladę. Ckliwą historyjkę miłości adepta i portowej dziewki. Połączyło ich uczucie, ciekawość świata i chęć zbadania nieznanego. Rozdzieliła katastrofa statku podczas walki z morskim potworem. On odpłynął na północ, ona na południe, ku Urupie. Wiedziony dziwnym przeczuciem zacząłem dalej wertować kupieckie kroniki. Okazało się, że ponad dekadę temu od strony Lśniących Szczytów przybył do Jerris wędrowiec. Był blady, wymęczony i zdawał się na pół zdziczały. Niestety annały nie odnotowały (a może nie chciały odnotować) jego imienia a po tylu latach zostało ono zapomniane. Wspomniano natomiast, że wędrowiec ów utrzymywał, że wyruszyć musi na północ, do odległych wysp aż za morzem Aras, do krainy, którą zwał Solatshem.

Bardzo szybko logicznym stało się dla mnie, że jeżeli ktokolwiek ocalał z ekspedycji Bergsona musiał albo wrócić do Jerris albo udać się do Vivanne. Zacząłem więc szukać u stóp Powietrznej Przystani. Wydałem kilka ostatnich kieszonkowych na zdobycie informacji, kupienie informatorów i konia.

I tak oto znalazłem się tutaj. W karczmie Orli Dziób niedaleko traktu do Vivanne. W ręku trzymam relację Danisa Cragia emerytowanego miejskiego strażnika, który opowiedział mojemu informatorowi historię Maglen Quilda, władczyni zwierząt, która także około dekady temu w opłakanym stanie dotarła do miasta od strony Lśniących Szczytów. Była wycieńczona, majaczyła o miesiącach tułaczki pod ziemią, grotach wypełnionych czaszkami i jaskiniach pełnych potworów. Miała szczęście, że trafiła na strażników, którzy rozpoznali w niej silnego adepta. Wyleczyli ją, pomogli odnaleźć się na powrót wśród Dawców Imion i wcielili do straży.

Maglen odeszła jednak po kilku latach, wiedziona jakąś tęsknotą udała się za Vivanne i żyje tam ponoć na pustkowiach.

Po praz pierwszy w moich długich poszukiwaniach mam realny ślad. Osobę znaną mi z imienia i nazwiska, żywą i w jakiś sposób ze mną związaną. I choć mam ochotę już teraz ruszyć za nią w pościg, to coś wewnątrz podpowiada mi, że będzie to niebezpieczna wyprawa. Czuję się jak chłopiec ze starej urupańskiej legendy, z czasów kiedy Urupa była jeszcze zbitkiem pirackich wiosek. Wyruszył on, wiedziony tęsknotą, na poszukiwanie swego ojca, który miesiące wcześniej wyszedł w morze. Niestety gorące serce nie dało się poskromić rozumowi i źle przygotowana wyprawa latami błąkała się po błędnych skałach, a rodzina nigdy się nie odnalazła. Nie chcę tak skończyć.

Rozmyślając o tym wszystkim co wiem utwierdzam się w przekonaniu, że naszymi żywotami na prawdę rządzą uniwersalne historie. On odszedł na północ, ona na południe, zostało dziecko z blizną na piersi jak pamiątka z legendy Guderiana. Im dalej szukam, im więcej wiem, tym bardziej pewien jestem, że wydarzanie mojego życia, nawet te pozornie przypadkowe, splecione są wokół jednej wielkiej historii. Na razie odkrywam pojedyncze legendy, muszę teraz znaleźć opowieść, która je łączy. Opowieść, w której Darora i Perris Bael-Re, płótno van Hersta i wszechobecna krwawa magia na pewno znajdą jeszcze swoje miejsce.

Podziel się: