Popioły

Czasami zastanawiam się, czy wojna była czymś złym. Szalone, prawda? A jednak, po tym co zobaczyłem w ruinach Schronu 573 nie jestem przekonany, czy świat, jaki znaliśmy z dzieciństwa powinien istnieć dalej i rozwijać się.

Kiedyś może myślałbym inaczej, lata temu uważałem się za szczęśliwca ocalałego by odbudować ze zgliszcz stary porządek. Jestem jednym z nielicznych, którym udało się w miarę bezpiecznie przetrwać apokalipsę. Schowany w strategicznym schronie, otoczony tysiącami ton betonu i ołowiu, wśród wojskowych, sprzętu i zapasów z bezpiecznej odległości oglądałem jak świat pochłania fala ognia, z nadzieją oczekując dnia, kiedy stanę wśród tych, którzy pomogą podnieść mu się z kolan.

Dziś trudno mi uwierzyć, że od wszystkiego, co miało na mnie istotny wpływ upłynęło tak wiele czasu. Piętnaście lat temu w naszym schronie wybuchł bunt. Jakiś nawiedzony kapral ogłosił, że to spisek generałów odpowiedzialny jest za wybuch wojny i z pomocą popleczników zabił wszystkich, których miał pod ręką, włączając w to mojego ojca. Mnie wygnano ze schronu. Prosto w ciemną, cichą post-apokaliptyczną noc.

Moja wędrówka po ziemi skończyłaby się pewnie szybko. Wiele lat spędziłem pod ziemią, o gangach, mutantach i nowym społeczeństwie wiedziałem niewiele. Moloch nie istniał dla mnie nawet w legendach. Wrzucony w ten obcy świat potrafiłem tylko dwie rzeczy – strzelać i bić się, umarłbym pewnie z braku wody i pożywienia nim doszedłbym do najbliższej osady.

Na szczęście po drodze trafiłem na Ala, którego potem zwykliśmy nazywać Starym A. Wysoki, dobrze zbudowany – na pierwszy rzut wprawnego oka – komandos. Nie walczył jednak. Handlował czym popadnie: elektronicznym złomem, bronią, trefnym towarem z jakiś starych wojskowych baz.  I potrzebował wsparcia ogniowego.

Zawiązaliśmy małą spółkę, do której dołączył niedługo potem Mały Benny i prawdopodobnie moje życie, do zasłużonej emerytury, upłynęłoby na spokojnym szabrowaniu i sprzedawaniu rozszabrowanego towaru, gdyby nie zlecenie, które przedstawił nam Stary A podczas dusznej lipcowej nocy na teksańskiej prerii równo dekadę temu.

Al pochodził z Teksasu, z dumą oprowadzał nas po swoich rodzinnych stronach. Obłowiliśmy się wówczas nieźle, gdyż z naszym przewodnikiem odwiedziliśmy większość wojskowych posterunków w okolicy. Kiedy tej pamiętnej nocy rozbiliśmy obóz na prerii, podczas swojej warty Stary A wybrał się na zwiad. Obudził nas w środku nocy, zobaczyliśmy na horyzoncie zarys płonącego gospodarstwa i rozpaloną ciekawością twarz naszego starszego znajomego.

Al nigdy nie przyznał się nam co znalazł w tamtym gospodarstwie, powiedział tylko, że wie gdzie czeka fortuna i zarządził poranny wymarsz. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu wydaje mi się, że wcale nie znalazł w tym gospodarstwie informacji. Znalazł jednak coś, co przypomniało mu o rzeczach, które wiedział, ale z jakiś powodów schował głęboko w pamięci. Z tych samych powodów prawdopodobnie zamienił karabin na kram ze złomem i worek gambli. Tak tłumaczę sobie to dziś, ale wtedy byliśmy przekonani, że Stary A ma w głowie jedyną prawdziwą mapę zakopanego skarbu, więc ruszyliśmy za nim jak podniecone szczeniaki.

Schron 573 leżał jakieś 60 mil na południe od spalonego gospodarstwa na absolutnym odludziu. Grupka skał nie wyróżniała się niczym w okolicznym krajobrazie doskonale maskując wejście, którego wygląd zaniepokoił mnie niezmiernie. Nie trzeba było bowiem wprawnego oka, by zorientować się, że wejście, opłakane w swoim stanie, zawalono celowo. Przez lata tułaczki po zniszczonym wojną świecie nie zdarzyło mi się natrafić na rabusiów, którzy z premedytacją zawalali za sobą splądrowane miejsca. Oznaczało to, że wewnątrz jest albo coś cennego co starał się zabezpieczyć właściciel, albo coś czego nie powinny oglądać ludzie oczy.

Przebicie się do środka zajęło nam kilka godzin. Zapadający zmierzch otulał równinę miękką ciemnością kiedy schodziliśmy w mroczną czeluść schronu. Zatęchłe powietrze wewnątrz zdradzało, że do środka nie zaglądano od lat. Stary A, podniecony jak dziecko na szkolnym festynie prowadził nas w głąb: pustą, wypełnioną tylko echem naszych kroków.

Szliśmy powoli, rozglądając się uważnie, monotonnym prostym zejściem, które konsekwentnie zagłębiało się w trzewia ziemi. Co jakiś czas mijaliśmy pomieszczenia – ciasne, niskie, oddzielone od korytarza wąskimi masywnymi drzwiami. Wszystkie były otwarte, pełne niewielkich piętrowych prycz sięgających sufitu. Wszystkie były puste, jednakowe i surowe. Powoli zaczynało docierać do mnie, że miejsce do którego weszliśmy było więzieniem, nie schronem.

Niepokojące skojarzenia kłębiące się w mojej głowie potęgowała jeszcze jedna rzecz – zapach. Coś z powietrzem było nie tak. Stęchłe, nie odświeżane od lat, poza charakterystyczną wonią betonowego bunkra niosło ze sobą jeszcze jeden aromat – słodkawy, metaliczny.

Po kilkunastu minutach wędrówki dotarliśmy do większych metalowych drzwi zamykających korytarz. Benny bez trudu poradził sobie ze starym mechanicznym zamkiem i wrota ustąpiły z cichym skrzypnięciem. Metaliczny zapach uderzył nas jeszcze bardziej i wtedy Benny wpadł na najgorszy z możliwych pomysłów. Nie mógł wiedzieć jak opłakane będą jego skutki, chciał nam tylko pomóc i odpalił swoją najnowszą zdobycz – wygrzebaną w wojskowej bazie lampę ultrafioletową.

Korytarz zalało charakterystyczne światło i wtedy zrozumiałem skąd pochodzi metaliczny zapach. Krew. Nie było jej widać w świetle latarek, po latach minionych od wojny pozostał po niej tylko ślad widoczny w ultrafiolecie. Całe ściany pstrzone były upiornymi napisami, mniejszymi, większymi, bazgranymi w pośpiechu świeżą krwią. Cytaty z Biblii, bluźniercze zdania, przekleństwa. Tyle zdążyłem zobaczyć przez chwilę, gdy jak osłupiali staliśmy przed drzwiami. Potem od strony wejścia do bunkra coś skrzypnęło, w odruchu paniki rzuciliśmy się w nieznane – za metalowe wrota.

To, co skrywały za sobą otwarte przez nas drzwi przeraziłoby każdego. Wąskie snopy światła latarek oplatały podłogę niewielkiego okrągłego pomieszczenia. Podłogę usianą trupami. Ciała były ludzkie, zdeformowane jednak, okrutnie okaleczone i szkaradne. Wszystkie martwe, od dziesięcioleci.

Po środku tej hekatomby stała dziewczynka. Drobniutka istotka o wielkich brązowych oczach. Zobaczyłem ją kątem oka omiatając snopem światła pomieszczenie. Dziecko stało spokojnie, ubrane w dziwaczny strój moro, jak mały żołnierzyk z przedszkolnego teatrzyku. Spojrzała na mnie – jej oczy rozbłysły w ciemności. Nie utopimy przeszłości! Kamienie woda znów wyrzuci na brzeg! – zawołała- Nie uciekniemy od wyboru. Ty i ja.

Wtedy rzuciłem się pędem ku wyjściu, coś po drodze, w absolutnej ciemności, musnęło moją skórę wilgotnym zimnym dotykiem. Słyszałem za sobą krzyki, ale nie mogłem się odwrócić – coś gnało mnie przed siebie.

Kiedy się ocknąłem byłem już daleko od schronu. Na tyle daleko, że nie potrafiłem już do niego wrócić. Przez lata tułałem się po stanach jako najemnik. Nie muszę brać Tornado. Nie potrzebuję narkotyku, aby przeżywać koszmar bezsilności. Widzę twarz mojego ojca zastygłą w przerażeniu, kiedy w surrealistycznej scenerii światowego konfliktu dotarło do niego, że znikające z ekranu punkciki z nazwami baz wojskowych amerykańskiej armii oznaczają nie tylko strategiczne osłabienie linii oporu, ale przede wszystkim śmierć przyjaciół, sojuszników, towarzyszy broni. Podobne przerażenie musiało malować się na mojej twarzy, kiedy uciekałem z bunkra. Podobna bezsilność ogrania mnie kiedy myślę o tym, że zostawiłem tam Ala i Bennego.

Teraz stroję u bram Nowego Yorku, bo udało mi się ustalić, że jest tu Benny. Ma kramik ze złomem Muszę go odwiedzić. Muszę zapytać go o tamten dzień. Muszę odnaleźć ten schron.

Podziel się: