Pocałunek Anchorage

Długi zielony wojskowy płaszcz mężczyzny rozwiewały pojedyncze porywy chłodnego arktycznego wiatru. Z niewielkiego pagórka, na którym stał rozciągał się dramatycznie monotonny widok. Równina u jego stóp jak okiem sięgnąć usiana była jednakowymi betonowymi blokami pozbawionymi drzwi i okien, wyposażonymi jedynie w wielkie wrota.

Krajobraz skąpany w promieniach zachodzącego słońca zdawał się przypominać ogromny spokojny magazyn, było w nim jednak coś niepokojącego. Może dostrzegalny jedynie kątem oka ruch maszyn pomiędzy kontenerami? Może upiorna cisza, a może pustka nieba nad tą równiną technologii? Nabrał powietrza w płuca. Było zimne i niemal sterylne, nie niosło ze sobą bukietu woni przynależnego naturze czy specyficznych zapachów ludzkich siedlisk.

Wszystko wokół było sztuczne, przetworzone, zmienione, a przede wszystkim pozbawione biologicznego życia. Oto bowiem tu właśnie swój rdzeń miał Moloch. Większość ludzi wyobrażała sobie, w swoim zadufaniu, że Moloch to ogromny komputer usytuowany w wielkim bunkrze pośrodku Alaski. W jakimże ogromnym błędzie byli. Moloch to jaźń, superinteligencja rozproszona pomiędzy każde jego dziecko, każdy najmniejszy choćby twór, który swoimi możliwościami wspomagał potęgę tego wroga ludzkości. Ale jego serce biło tutaj. W tych szarych kontenerach, w niepozornym zakątku lodowego pustkowia obca cywilizacja umieściła zalążek zguby ziemskiego życia. Algorytmy nadzorcze, rdzeń inteligencji, który skupiał w całość wszystkie jej dendryty był właśnie tu.

Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie. Białe pióro na jego kapeluszu potargał kolejny powiew arktycznego zimna. Już nie długo – szepnął do mroźnej pustki przed sobą. Wiedział, że gdzieś w głębi dawnej Rosji pięcioro śmiałków przygotowuje się by położyć kres okrucieństwu maszyny. Mieli zjawić się niebawem. Przyjść jak mesjasz ze wschodu, przynieść pożogę jak jeźdźcy Apokalipsy.

Wojskowy spojrzał w czerniejącą od nocy pustkę nieba jakby chciał wypatrzyć smugi kondensacyjne bombowca. Zasalutował pustym przestrzeniom, po czym po raz kolejny szepnął, ni to do siebie ni to do maszyny u jego stóp – Pora to skończyć. Po tylu latach naszedł moment abyśmy wszyscy umarli, wszyscy którzy mieli cokolwiek wspólnego z tą straszną intrygą.

Powietrze wokół mężczyzny zafalowało i jego postać zniknęła niczym mara rozwiana przez arktyczny wiatr.

Podziel się: