Kamienie

Wychodzi z pociągu. Peron 1, miasto jest obce. Oddycha nieznanym powietrzem. Tutaj nikt na niego nie czeka, nie ma obowiązków, wspomnień i wyrzutów sumienia idących ulicami.

Jest tylko czas. Cholernie dużo czasu na myślenie. Wie o tym, dlatego rusza niespiesznie ku rzece. Błękitna tafla skrzy się w promieniach Słońca. Schyla się, podnosi garść kamyków. Plusk, plusk… Niewielkie kuleczki kolejno lądują w lodowatej wodzie. Po jednej za każdą straconą miłość… Plusk… Za każde marzenie… Plusk… Za każde kłamstwo… Plusk. Prosty rozrachunek z przeszłością, tandetna namiastka samotności w tłumie ludzi mknących za swoimi sprawami. Ale on zdaje się być szczęśliwy.

Podbiega do niego mała dziewczynka. Szarpie za rękaw i wola – Niech Pan nie wyrzuca marzeń – jej głos niemal niknie w ulicznym gwarze.  Mężczyzna patrzy na dziewczynkę bez zdziwienia – Marzenia zostały tutaj – mówi. Wyciąga mały kajecik, gęsto zapisany niezgrabnym pismem – Tutaj jest wszystko, co mam mała – wręcza dziecku zeszycik. Brązowe oczka biegają po stronach, chwilowe napięcie zmienia się w nerwowe wyczekiwanie.

Dziewczynka podnosi wzrok. Jest starsza, o wiele lat. Tak mówią jej oczy. – Nie uciekaj już – mówi poważnie, spogląda na rzekę – gdzieś daleko, gdzie nie sięga niczyj wzrok. Nie utopimy przeszłości! Kamienie woda znów wyrzuci na brzeg! – woła – Nie uciekniemy od wyboru. Ty i ja. Odbiega z płaczem w kierunku parku.

Mężczyzna pochmurnieje. Chowa kajecik do kieszeni i kieruje się w stronę dworca. W ręku trzyma ostatni kamień, ściska go mocno.

***

Motorniczy nie miał szans. Widzieliśmy to z daleka, ale jestem pewny – ten świr celowo wpakował się pod tramwaj. Szedł sobie ulicą i już – jakby to było oczywiste, jakby tak miało być. Cholerny popapraniec – przecież śmierć nie jest oczywista. I po co mu był ten kamyk?

Ofensywa duchów

Płatki zwiędłej białej róży.
Wokół paszczy nieistnienia

Otwieram bramę spisanych kłamstw
Pająki wspomnień spadają
Na miękką sieć nadziei
Rozpiętą między konarami sumienia
Na drzewie duszy

Ostatni zachód pierwszym wschodem
Dziwnego czasu martwych spotkań.

Pokolenie

Nie wyrośliśmy z żadnej wojny.
Nie mamy korzeni w krzyku.
Otwarte usta mówią. Nie błagają.

Przed nami nie idą pochodnie.
Nie mamy za co jęczeć
Ani przez co umierać.

Z braku idei nazywamy się
dziećmi neostrady.

Porównanie

Porównanie nie może być banalne.
By trwał tekst. Esencja duszy.

Skręcone kiszki problemów
Nie dadzą się wpisać
w geometrię jednoznaczności.

Poezja to zakaz istnienia
Wszystkiego, co oczywiste.

Pozostawione miejsca
Znane kamienie, nie znani ludzie
Poganiane czasem zmieniają się.
W rozpędzone kaskady bezimiennych świateł

Ale, kiedy zamykam oczy.
Miasto jest w sercu.

– Posen –

Świst

Klątwa – myśli kładąc rękę na zimnym spuście.
Pocisk mknie przez mglistą nieskończoność.

Czerwona plama ostatniego uderzenia rozerwanego serca
zawisa na chwilę w powietrzu.

Nie ma klątw. Nie ma bogów. Są tylko sądy i wyroki.
Wykonane, bądź nie.
Sposób rozliczenia teraźniejszości, która jest już przeszła.

Lekarstwo na wątpliwości.