Ostatni oddech

Poznań, 16 sierpnia

Najgorsze jest to, że nie pamiętam kiedy się urodziłem. To bardzo dziwne uczucie, dziwniejsze nawet od świadomości, że one też tego nie pamiętają. A są starsze ode mnie. Ledwie pamiętam, jak długo żyję na ziemi. Tutaj – w Poznaniu od samego jego początku, ale wcześniej? Konstantynopol, Karnaak? Sam już nie jestem pewny.

Pisanie pamiętnika bywa pomocne w takich sytuacjach, ale nawet magia nie jest wieczna i moje historie rozpadły się w pył gdzieś między wojnami, powstaniami a zwykłą prozą życia. Trochę mi szkoda tego wszystkiego, co straciłem w ciągu wieków. Dobrze, że chociaż część mojej wiedzy ocalała…

Andrzej wstał od stołu i spojrzał na otulony letnim zmierzchem Poznań. Westchnął po raz kolejny wsłuchując się w zamierające tętno miasta. Magia powoli opuszczała świat, krok po kroku, nieuchronnie. Zaczęło się dawno temu, tuż po zawitaniu chrześcijan do Brytanii. Tam wybito jednorożce i smoki, później w Europie polowano na wszystkie magiczne stworzenia. Od chochlików zaczynając na chmurnikach kończąc. A teraz magia znikała nawet z miast, murów, krypt. Zostawali tylko ludzie – bez początku i końca, tacy jak on.
Z zamyślenia wyrwał go dzwonek. Błyskawicznie mruknął zaklęcie skanujące – przed drzwiami stała młoda dziewczyna. Żadnych wrogich zamiarów, zero magii – zakomunikował czar. Andrzej zamknął pamiętnik i poszedł otworzyć.
Witaj Andronicusie – wyraźny łaciński akcent w słowach dziewczyny i nazwanie go prawdziwym, od lat nie używanym imieniem wywołały natychmiastową reakcję – gospodarz cofnął się i włączył ochronne czary.
Tymczasem nieznajoma, nie czekając na zaproszenie przekroczyła próg niewielkiego mieszkania i przeszła obok osłupiałego maga.
Nie kłopocz się, twoje zaklęcia zadziałały dobrze – kontynuowała niewzruszona – Nie mam magii, nie chcę też cię skrzywdzić. – uśmiechnęła się łagodnie znad brązowych oczu.
Gdy Andrzej zamykał drzwi dziewczyna wpatrywała się prosto w jego zamknięty pamiętnik. Nieco nieobecnym wzrokiem przebiegła po biurku i wystroju niewielkiego m3 poczym ponownie zwróciła się do maga.
Nie łatwo było cię znaleźć Andronicusie, ale po tych wszystkich latach opowieści o tobie nie umarły. Doskonale wiesz, kim jestem – rzuciła dziewczyna, ułamek sekundy przed tym jak mag spróbował zadać to pytanie – potrzebujemy twojej pomocy. Z miastem zaczyna dziać się coś złego.
Złego? A co na korupcję i rozboje pomoże prosty prowincjonalny dziennikarz? – choć Andrzej z trudem hamował zdziwienie postanowił nadal grać rolę przypisaną sobie jakiś czas temu. Sugestia dziewczyny i jej zachowanie sprawiły, że domyślał się z czyjego polecenia pojawiła się w jego domu, jednak Braci widziano w Wielkopolsce ostatnio ponad pół wieku temu.
Jeśli naprawdę nie chcesz się w to mieszać, to cię nie zmusimy. Jednak nim podejmiesz decyzję zajrzyj do Chrystusa na Żydowskiej – dziewczyna wstała i wyszła bez pożegnania.

Poznań, 17 sierpnia

To, co zastałem na Żydowskiej nie wyglądało dobrze. Rację w tej kwestii przyznałby mi każdy parający się magią. Woda w studni zniknęła, ze środka śmierdzi czymś w rodzaju lawendy a po ścianach płynie miód. Dobrze, że do następnego Bożego Ciała zostało dużo czasu – dzisiaj lawendę i miód w uzdrawiającej studni można by bez problemu ogłosić kolejnym cudem. A przecież Asmodeusza czuć stamtąd na kilometr. Tylko skąd miał tyle siły?
Rozmawiałem z moimi przyjaciółmi. Cannibis twierdzi, że to normalna sprawa – magiczne przekłamanie. Choć jego argumentacja wydaje się uspokajająca wcale mnie nie przekonuje, zwłaszcza że od kiedy Canni zamieszkał w encyklopedii wszystko na siłę tłumaczy naukowymi terminami. Za to Mergi przypomniał mi pewną legendę – tę która dała początek kościołowi. Tylko co biedni Żydzi mają wspólnego z Asmo, który jakoś szczególnie ich nie lubi?
Tak czy owak, faktycznie mnie to zaniepokoiło. Nie ma dzisiaj wielu duchownych ani magów zdolnych powalczyć z tak potężnym demonem. A ostatnie czego nam trzeba to fala rozpusty i przemocy rozlewająca się po mieście.
Muszę jak najszybciej spotkać się z Braćmi, a znam tylko jedno miejsce, gdzie aktualnie mogliby przebywać. Muszę wrócić tam, gdzie spotkaliśmy się przed pięćdziesięciu laty. Wtedy była to raczej towarzyska pogawędka, teraz czeka nas trudna rozmowa.

Kiedy w niecałą godzinę po spisaniu kolejnej pamiętnikowej notatki Andronicus dotarł do podśmigielskiej Gryżyny doskonale wiedział, że czeka go specjalne powitanie. Energia bijąca od ruin trzynastowiecznego kościółka św. Marcina położonych za wsią tuż przy brzegach wonieskiego jeziora była wręcz namacalna. Wjechał samochodem w zarośla, poczym pieszo dotarł do celu swojej podróży.
Z niewielkiej świątyni pozostały jedynie kikuty czterech ścian. Kościółek nigdy nie był okazały, a w porównaniu z pobliskimi wiejskimi świątyniami prezentował się wręcz marnie. Nie zmieniało to jednak faktu, że trwał do dziś, choć historia o ochrzczeniu wody
i kąpieli samego Michała Archanioła w jeziorze została już dawno zapomniana.
Więc teraz nazywasz się Andrzej Skrzecki i jesteś dziennikarzem – rozbawiony głos powitał go, gdy tylko przekroczył próg świątyni.
Tak, ten wariant najbardziej pasował do obecnych czasów – Andronicus odpowiedział serdecznie kierując się w stronę czwórki mężczyzn siedzących w kręgu na miejscu dawnego ołtarza. Kilka uścisków i uśmiechów upewniło go, że starzy przyjaciele są w pokojowych nastrojach – to nieco uśpiło jego obawy.
Widziałeś studnię? – pełne niepokoju pytanie mężczyzny, który go przywitał sprowadziło maga na ziemię
Tak, wygląda na Asmodeusza, ale zbezczeszczenie tak świętego miejsca wymaga ogromnej mocy Symeonie – odpowiedział mag.
Mężczyzna, który dotychczas dyskutował z magiem odwrócił się zamyślony w stronę jeziora. Pozostali milczeli dziwnie, przez co całe spotkanie nabrało atmosfery stypy.
Zbliża się 650 lat od profanacji przy Żydowskiej – Symeon mówił powoli, smutnym głosem. Sam wywodził się z rodu Dawida i już od dawna wstyd mu było za współbraci – podejrzewamy, że to coś więcej niż tylko emanacja demona.
Papamiętasz nnaszą rrozzmowę z Michałem – Bożydar, pomimo wielu prób, nadal nie wygrał z jąkaniem – Ccoo ciii popowiedział tuutaj?
Mag przez dłuższą chwilę nie mógł przypomnieć sobie wydarzeń sprzed ponad pięciu stuleci. Po chwili zrozumiał jednak aluzję. Nim zdążył zareagować, Symeon odwrócił się do niego, a trzej pozostali Bracia zaszli go od tyłu.
Chodzi o ciebie magu! – krzyknął Żyd i cała czwórka rzuciła się na niego.

Andrzej obudził się zlany potem. Książki z jego biblioteczki leżały na podłodze, a demony mieszkające między ich kartami z niepokojem spoglądały na swojego pana z najwyższych półek biblioteczki.
Sprawdził godzinę i datę – była 23.00 , 15 sierpnia. Podbiegł do blatu i spojrzał na notatki w pamiętniku – dwa wpisy z kolejnymi datami widniały na kartach, dokładnie takie jak w jego śnie.
Wcale nie spałeś, po prostu wróciłeś do właściwego czasu – głos Mergiego w jego głowie był pełen niepokoju. Skrzydlaty demon przypominający sowę zamieszkiwał jeden
z horrorów Kinga i to on najbardziej troszczył się o swego pana. Tylko nie próbuj iść na Żydowską, wiesz co tam jest, a twoja siła słabnie – skarcił go jak zwykle dokładny Cannabis, który już zleciał w kierunku swojej encyklopedii.
Pójdę tam, ale nie sam – rzucił Andronicus demonom, poczym zabrał je schowane w książkach do plecaka. – Po drodze wyjaśnicie mi, co się stało – dodał w myślach zamykając drzwi.
Wejście do kościoła nie stanowiło większego problemu. Kamuflaż był jedną z najprostszych magicznych sztuczek, a proboszcza, który doskonale wiedział, że ze studnią dzieje się coś złego nie zdziwiła nocna dyskretna wizyta wikariusza kurii rzymskiej wyposażonego w kilka flakoników święconej wody i list uwierzytelniający od samej głowy Kościoła Katolickiego.
Demoniczną energię dało się wyczuć już w świątyni. Stłumione światło żarówek, niemal nie świecąca wieczna lampka – ot szczegóły pomijane przez większość ludzi. Ale nie przez magów. Adnronicus odprawił proboszcza, prosząc go by do rana nie wpuszczać nikogo do kościoła.
Jeżeli nie pomogę dziś w nocy, wówczas i tak poślemy po egzorcystów – dodał z rozbrajającą jak na watykańskiego hierarchę szczerością
A co z biskupem Wasza Świątobliwość? – pulchny proboszcz nie ustępował w prośbach o zorganizowanie dostojnikowi eskorty – jeśli dowie się, że coś Wam się stało, wówczas stracę nie tylko posadę.
To tajna misja, biskup nawet nie może się o niej dowiedzieć – uciął lakonicznie mag.
Gdy poznański duchowny ustąpił Andrzej zszedł wprost do pachnących lawendą podziemi
i od razu otwarł plecak. Mergi wyskoczył z niego niczym poparzony, Sklepik z marzeniami w którym mieszkał o mało nie rozdarł się na pół. Sowopodobny stwór obleciał otoczenie, poczym przysiadł na ramieniu maga. Tutaj nie ma śladu Asmodeusza – bezgraniczne zdziwienie demona rozbawiło Andrzeja. Oczywiście, że go nie ma. Mówiłem przecież, że to magiczna emanacja – Cannabis wygramolił się spod ciężkiej okładki swojego domu. Teraz przypominał kapibarę, którą dojrzał podczas penetrowania książki. Zmiennokształtność demona i upodobanie do jej nadużywania sprawiły, że po latach nawet Andronicus nie pamiętał jak na prawdę wyglądał jego towarzysz.
A gdzie reszta towarzystwa? – mruknął mag do siebie z niesmakiem spoglądając na pozostałe książki spoczywające spokojnie w plecaku. Głuche parsknięcie kapibary wystarczyłoby za odpowiedź, z komentarzem pospieszył jednak Mergi. Rot i Jano mówią, że czekają jedynie na sygnał, Asman śpi a Ker jak zwykle przegląda przepisy włoskiej kuchni – wyjaśnił.
Po przejściu kilkunastu metrów w zbyt gęstych jak na naturalne ciemnościach okazało się, że w podziemiach nie ma nie tylko śladów Asmodeusza, ale także samej studni.
W miejscu, gdzie kiedyś się znajdowała było teraz lite klepisko, a za nim głęboki tunel. Mag stanął na chwilę, skończyła się zabawa w przebieranie. Czarna sutanna zmieniła się w lśniący obsydianowi głębią habit inkrustowany runami i znakami wyszytymi srebrnymi nićmi,
a miejsce latarki w dłoni zajął wyższy od maga kostur kuty z metalu. Andrzej po raz ostatni sięgnął do plecaka.

Poznań, 16 sierpnia
(wpis właściwy, teraźniejszość)

To wszystko przestaje mieć jakikolwiek sens. Demony twierdzą, że przeniosłem się w przyszłość. A przecież to nie możliwe! To co się jeszcze nie stało nie ma też żadnej magicznej emanacji pozwalającej to odtworzyć. Poza tym, nawet jeśli przemądrzały Cannabis ma rację, to nic w tej przyszłości się nie zgadza.
Po pierwsze choć Bracia jako zmarli dominikanie na służbie u samego Michała, zobowiązani są tępić wszystkie magiczne istoty, to przecież mnie znają i szanują dłużej niż ten świat, a ja mam gwarancję od Archanioła, że mogę spokojnie chodzić po Ziemi.
Poza tym– zaatakować mnie w piątkę? Niedorzeczność. Każdy z nich doskonale zna moje możliwości. Do tego jeszcze inteligentny posłaniec. Jego stworzenie musiałoby zająć im sporo czasu i wymagałoby poświęcenia życia dziecka duchownego, niewinnego dziecka – a  tych ostatnio jest deficyt.
Podziemia, w których jestem to kolejny problem. Ktoś replikował tutaj inny wymiar, zmienił wszystko to, co jest pod miastem. Kiedy wejdę do tunelu nie będzie już odwrotu. I coś mi mówi, że droga do rozwiązania tych zagadek będzie nie tyle trudna, co bolesna. Takie dziwne przeczucie.

Mergi, sprawdź proszę wejście – polecenia wydawane w myślach były co prawda dużo bardziej absorbujące, ale bezpieczeństwo w tunelach wymagało ciszy. Kiedy sowa wróciła jej oczy błyszczały. Droga wolna, ale to przejście do innego świata. Mag skinął głową i ruszył w stronę pustki ziejącej tuż na granicy wzroku.
Przechodząc Andronicus poczuł tylko lekkie mrowienie. Potężne osłony udoskonalane podczas wieków magicznych eksperymentów i pojedynków broniły go przed większością złej mocy na świecie. Choć magia, która umierała wszędzie wokół ginęła też w jego wnętrzu, to czary ochronne zachowały swą dobroczynną siłę.
W gęstym, dusznym powietrzu i nieprzeniknionej ciemności rozpoznał jeden z demonicznych pseudoświatów. Były ich miliony, stworzonych niegdyś przez potężne wówczas złe duchy. Dziś były martwe, przepełnione jedynie nienawiścią i przytłaczającym poczuciem klęski, które towarzyszyło ich twórcom, gdy zdawali sobie sprawę, że nie zdołają powtórzyć dzieła Boga – swojego Pana.
Silna emanacja energii dotarła do niego już po chwili. Pomiędzy pasmami zła przebijało się coś innego, co zaskoczyło starego maga – dobro. Mergi i Cannabis poruszyły się niespokojnie, pozostałe demony wyszły z ukrycia i teraz wokół Andronicusa poruszała się cała menażeria – od kapibary począwszy na stworzeniach przypominających skrzyżowanie orła z wężem, jakimi były Rot i Jano skończywszy.
Podążając za śladami pozytywnych wibracji mag przeszedł kilkaset metrów ciasnym, niskim korytarzem. Był zagubiony. Nie dość, że poza granicami ziemskiej rzeczywistości nie działały wszelkie techniczne udogodnienia takie jak GPS i komórki, to jeszcze ten pseudoświat był wyjątkowo paskudny – ciasny, duszny i bez polotu. Przypominał nieco krasnoludzkie kopalnie z czasów, kiedy rasa ta królowała zarówno w okolicach Wieliczki jak i w wysokich Alpach, skąd wydobywała tysiące kamieni szlachetnych. Andronicus uśmiechnął się pod nosem wspominając długie rozmowy z Tolkienem, który koniecznie chciał oddać cześć temu  w gruncie rzeczy nieciekawemu górniczemu ludowi.
Z rozmyślań wyrwało go nagłe rozszczepienie więzi ze swoimi podopiecznymi.
W ułamku sekundy, nim mag zdążył zareagować wszystkie demony zniknęły, a on sam znalazł się tuż przez oświetlonym zakrętem korytarza. Postąpił kilka kroków do przodu, aktywował wszystkie osłony. Do mnie zgraja – rzucił w przestrzeń telepatyczną wiadomość w nadziei, że połączenie wróci.
Wzmocnił ochronę, przeskanował pomieszczenie. Pusto – zakomunikowało zaklęcie. Wieki doświadczeń nie pozwoliły uwierzyć czarowi. Andronicus zastanawiał się, kogo może spotkać tuż za zakrętem. Belial? Belzebub? Oni byli dość potężni, by zmienić swoją aurę.
A może Hermes? Podobno w zamian za obietnicę wiecznej służby ukryto go głęboko w piekle – zdala od aniołów.
Gdy zerknął za róg nie zdążył nawet pomyśleć o uniku. Delikatny liliowy zapach potężnej białej magii rozpłynął się wokół i lanca z czystego eteru trafiła go w pierś. Osłony zalśniły tęczowo, kilka z nich zniknęło, a mag z impetem wylądował na ścianie. W oczach mu ćmiło, rozrywający ból przeszedł całe ciało. Tak silnych zaklęć nie widział od stuleci. Wstał. Na oślep rzucił kulę ognia, wymruczał kolejne zaklęcia ochronne i nim następny podmuch liliowego powietrza spadł na niego z gradem noży widział już swojego przeciwnika. Anioła
w złotej zbroi z płonącym mieczem i lancą nie można było z nikim pomylić. Zawahał się, koniuszki palców uwolniły błyskawicę o sekundę za późno. Łuk elektryczny sięgnął anielskiego miecza i zniknął.
Zapominałem, że czytasz w myślach – rzucił gniewnie.
Twoja strata, mój zysk – odparł anioł, pragmatycznie tkając kolejne zaklęcie.
Tym razem mag był lepszy. Strumienie niebieskawego światła oplotły skrzydlatego i przygwoździły do ziemi. Ogniste ostrze przechodziło przez nie, nie uwalniając anioła. Andronicus przygotował ostatni cios – jego ciałem targnął dreszcz, przez habit i kostur przemknęła fala energii, która tysiącami igiełek miała trafić w anioła. Potężny czar zorał tylko ziemię. Mag odwrócił się, w ostatniej chwili odbijając cios mieczem.
Mieliśmy umowę Michale! – wykrzyczał
Zamiast odpowiedzi na maga spadł grad kamiennych kul oraz ciosów. Przyparty do muru Andronicus dotknął pierścienia na wskazującym palcu. Skruszył go tuż przed uderzeniem archanielskiego miecza. Zaklęcie starsze niż sam świat rozlało się po pomieszczeniu. Dla maga czas zwolnił, otoczyło go potężne pole mocy, które odepchnęło ogniste ostrze i odrzuciło archanioła daleko do tyłu. Widział, jak jego przeciwnik rozbija się o ścianę zalany deszczem ognia, który spadł znikąd przywołany magią. Potem na wszystko opadła kotara białego światła.

Gdzieś w przestrzeni, 16 albo 17 sierpnia

Straciłem poczucie czasu. Tak naprawdę ledwo żyję. Pierścień Ratunku zadziałał, jednak jego moc wyssała resztę moich sił. Trudno mi nawet wstać. Wiem tylko, że magia przeniosła mnie gdzieś daleko.
Dlaczego Michał ze mną walczył? Może to głupie pytanie, ale nadal nie jestem pewny, czy wszystko to zdarzyło się naprawdę. Przecież umowa wiązała nas od prawie dwóch mileniów. A do tego wyraz jego twarzy. Taki obcy, nieobecny. Zupełnie nie ten anioł, którego znałem.

Świata wokół prawie nie było. Linia ziemi zlewała się z horyzontem – jak okiem sięgnąć królowała wszechobecna szarość. Andronicus, poważnie wyczerpany przez zaklęcie bezskutecznie próbował kontaktu ze swoimi demonami. Tutaj nie czuł niczego, najmniejszej emanacji ani żadnej energii – czysta, sterylna pustka. Nic więcej.
Wsłuchany w otaczającą go przestrzeń, skupiony na szukaniu najmniejszych śladów życia mag omal nie zemdlał, kiedy tuż obok pojawiła się czyjaś obecność. Rozejrzał się niepewnie – nigdy nie czuł takiej energii. Potężnej i zdawałoby się wiecznej. A do tego nie mającej żadnej natury. Istota stojąca gdzieś obok nie była dobra ani zła, nie czerpała też
z magii czy boskiej mocy aniołów i demonów.
Nagle wszystko znikło, a na horyzoncie pojawiła się postać. Szła niespiesznie, trudna do wypatrzenia w szatach szarych jak cały otaczający ją świat. Nie sposób było ocenić odległość, jednak swobodny krok przeczył prędkości z jaką zbliżała się do maga.
Witaj, dziedzicu wielu imion – usłyszał Andronicus w swojej głowie.
Mag spojrzał zdziwiony w stronę przybysza. Rzeczywiście – od czasu, kiedy zaczęto prześladować magię używał wielu kamuflaży dla siebie. Bywał artystą, politykiem, biznesmenem. Jednak określenie, którego użył nieznajomy wydawało mu się nazbyt wydumane, podszyte fałszywą butą.
Jesteś ostatnim, wiesz? – zagadnęła postać, która nie wiedzieć jak, w ułamku sekundy znalazła się przy Andronicusie. Jego zdziwioną minę nieznajomy skwitował lekceważącym grymasem. – Ostatnim, który para się magią. Jedyną przeszkodą na mojej drodze do czystości – oznajmił przybysz.
Jak mogłem cię nie poznać – rzucił mag z pogardą – Nie ma nikogo tak gorliwego w tępieniu magii jak ty Gabrielu. Przerosłeś samego Stwórcę…
Andronicus przerwał w pół zdania by zasłonić się przed ciosem ogromnego miecza. Choć zareagował zbyt późno, to ostrze nie zrobiło mu krzywdy.
Chciałbym cię zabić – wysyczał anioł – Ale nie mogę. Wszechmogący pokrzyżował mi plany. Dlaczego On cię ocalił?
Widać okazał się wierniejszy niż Michał i Bracia
Bracia chcieli cię ostrzec głupcze! Na szczęście to ja jestem panem snów i objawień. Naiwni myśleli, że do kościółka nad jeziorem nie sięga moja władza.
W Andronicusie zawrzało. Jak anioł mógł być tak podły? Dlaczego? Ostatkiem sił rzucił się na Gabriela, ten jednak odskoczył i lekceważąco spojrzał na maga.
To, że Wszechmogący zabronił mi cię zbić nie oznacza, że ci się udało! Magia musi zniknąć ze świata! Nie potrzeba nam konkurencji, bo Bóg jest tylko dla nas. Wy za bardzo chcieliście się do niego zbliżyć!
Pan Objawień jednym skinieniem posłał maga na kolana. Walka nie miała sensu, anioł sprawował całkowitą władzę nad tym światem. Gabriel zaczął kreślić w powietrzu dziwne znaki.
Nie zabiorę ci życia, ale stracisz to, co dla Ciebie najcenniejsze – krzyknął niemal w ekstatycznym uniesieniu.
Kiedy anioł kończył czar wszechpotężna siła znów pojawiła się w pobliżu maga i coś powstrzymało rękę Gabriela kalecząc ostatni gest zaklęcia. Andronicus nie widział już wściekłości na twarzy swojego wroga, opadł na kolana i powoli rozpływał się w obłoku błękitnej mgły.

Poznań, 16 sierpnia

Paskudny dzień za oknem. A do tego źle spałem. Chyba pora wrócić do pisania fantasy, te gazetowe dyrdymały poważnie ograniczają moją wyobraźnię. A mózg odgrywa się na mnie, gdy śpię. Dawno nie miałem takiego koszmaru. I wszystko pamiętam! Sam nie wymyśliłbym chyba bardziej chorej historii. Magia, też coś. I Bóg. Brakowało tylko duchów. Chociaż? Może ci Bracia nimi byli?
Nie ma zmiłuj – jutro zaczynam jakąś książkę. Jeszcze jedna taka noc, a nie wstanę z łóżka. Poza tym ten medalik w plecaku. Ktoś musiał mi go podrzucić. Ze św. Marcinem?
I aniołem Michałem? Ależ pomysły mają ci Zielonoświątkowcy. Żeby tylko przeciągnąć kogoś na swoją stronę. Nawet ateistów nie oszczędzą.

Andrzej wstał od biurka i zaczął przygotowywać się do wyjścia. W tygodniku informacyjnym poniedziałek zawsze był drogą przez mękę, a dzisiejszy zapowiadał się wyjątkowo trudno.
Kiedy zamykał drzwi z półki pełnej książek zsunęła się encyklopedia. Nic jej się nie stanie, jak poleży do wieczora – pomyślał wychodząc. – Wiedza pooddycha przynajmniej powietrzem – rzucił rozbawiony sam do siebie.

Podziel się: