Ostatni dzień lotu

16 lutego 2356

Do celu pozostało na niewiele, jakieś 14 godzin lotu. Po 5 latach świetlnych od wyruszenia z Alfa Centauri taki kawałek czasu zdaje się być wręcz niezauważalny. Ale chyba warto tam lecieć. To ostatni zapis podróżny dziennika pokładowego statku OaAKH 15-48.
Długo zastanawiałem się dlaczego mnie wybrano dowódcą tej ekspedycji. Wojskowym jestem, owszem – ale raczej sztabowcem, antropologiem i historykiem. Sens decyzji dowództwa zrozumiałem dopiero po wyruszeniu, kiedy poznałem dane dotyczące szczegółów misji. I wtedy wszystko zaczęło iść nie źle…
Lecimy na planetę nazwaną roboczo Charm36, przez wszystkich dawno już ochrzczoną planetą czarów. Taki sobie zwykły glob, niedaleko od naszych kolonii. Z pozoru. Cztery sondy, które wyleciały w jej kierunku nie wróciły, jedyna która przesłała sygnał pokazała nam… Cóż – banshee. To był obraz jak ze snu – demon mknący przez przestworza. I wtedy się zaczęło.
W ciągu kilku miesięcy zebrano zbrojną załogą statku, skompletowano naukowców i wysłano ich wszystkich w kierunku Charm36. Po co? Oficjalnie z misją badawczą, jednak tajne rozkazy obejmują również użycie wszelkich środków do spacyfikowania nowego znaleziska.
A co robię tutaj ja? Jestem szefem zespołu badaczy, którzy mają przekształcić bajkę w rzeczywistość. I to bajkę sprzed ponad 200 lat. Gdy przeszukiwano banki pamięci by zidentyfikować tajemnicze zdjęcie okazało się, że nasze komputery dysponują podobnymi zdjęciami pochodzącymi ze starego ziemskiego serialu – Charmed.
Brzmi szaleńczo? W tej wyprawie wszystko jest obłąkane! Od czasu, kiedy wyruszyliśmy dzieją się same dziwne rzeczy. Najpierw wysiadły silniki, później okazało się, że zakrzywienia światła nie pozwalają nam obrać kursu planety a w końcu zaczęły się ataki. Czyje? Sam nie wiem jak to nazwać – demonów? Tak chyba określano te istoty wówczas na ziemi. To był jakiś koszmar – kule ognia, błyskawice, a do tego nieludzka siła tych stworzeń i ich możliwości teleportacyjne…
Ale apogeum była wczorajsza noc. Wydawało mi się, że jestem gdzieś w XX wieku, chyba w ówczesnej Ameryce. Stałem jak osłupiały przed drzwiami jakiegoś domu.
– Wejdź John –otworzyła mi szczebiotliwa brunetka
– Już przyszedł? No wpuść go Phoebe – usłyszałem gdzieś z głębi domu i poczułem siłę pchającą mnie do środka.
Typowe amerykańskie mieszkanie raziło swoją dwudziestowieczną powtarzalnością, wszechobecną nijakość burzyła tylko staroświecka księga ułożona niedbale na sofie.
– Chyba powinnyśmy zwracać się do ciebie panie kapitanie – rzuciła dziewczyna, która wyszła z głębi domu. – Na imię mi Piper, Phoebe już poznałeś. Przepraszam, że nie ma z nami Paige, ale ma kilka ważnych spraw do załatwienia.
Byłem tak oszołomiony, że nie wiedziałem co powiedzieć. Znałem te dziewczyny, bohaterki tamtego serialu – wyglądały jak żywe.
– Nie mamy czasu na zbyt długie rozmowy, nasza moc po wiekach bardzo osłabła… – ciągnęła gospodyni spotkania.
– Grozi wam zagłada – wpadła jej w słowo Phoebe – demony już zaatakowały statek i znają waszą siłę.
– Odparliśmy ich ataki – jęknąłem
– Tylko je przepłoszyliście – lodowaty głos Piper nie pozostawiał wątpliwości – Ta planeta to owoc wielu wieków starań sił dobra, więzienie dla demonów. Nie możecie jej zdobyć, nie zdołacie zniszczyć całego tego zła
Czarodziejka chciała kontynuować swój monolog, jednak w tym momencie świat wokół nas zaczął rozpadać się, drzeć niczym kartka papieru. Coś pożera przeszłość – pomyślałem rozbawiony, przypominając sobie jedno z opowiadań Kinga – klasyka s-f XX wieku. Sekundę później wpadłem w lodowatą pustkę.
Znalazłem się jeszcze głębiej w mrokach historii, które rozświetlały już tylko naftowe lampy. Wkroczyłem do tego nieszczęsnego miasteczka wieczorową porą, tłumek na rynku już rzedniał, a dwadzieścia szubienic piętrzyło się pośrodku placu.
Zobaczyłem wszystkie trupy, powolnym spacerem przechadzając się wzdłuż nich. I wówczas jeden przemówił. Starsza kobieta, o dzikich rysach twarzy i wzdętych przez przedśmiertny wysiłek oczach.
– Musisz ich posłuchać – wycharczała– bo skończysz jak my, a zło znów zwycięży. Słuchaj moich córek…
Lekki powiew wiatru zakołysał ciałem, pod którym na szubienicy wyskrobano Melinda Warren, czarownica.
Obudziłem się zlany potem w środku bezkresnej kosmicznej pustki. Wszystko było jak zawsze, tylko ten delikatny słodkawy zapach świeżych ciał, którym cały przesiąkłem.
Dzisiaj rozpoczyna się procedura wdrożeniowa lądowania. Zdecydowaliśmy o posłaniu na powierzchnię silnego garnizonu, więc cały sprzęt jest w gotowości.
Zielona planeta, Charm36 jest tuż przed nami. Piękna i groźna. W nocy nie zasnąłem, obejrzałem za to odcinki ostatniej części Charmed. Jeśli cokolwiek z tej opowieści jest prawdziwe, to na dole czeka nas rzeź.
Moi żołnierze i naukowcy mają do dyspozycji tylko lasery i wyrzutnie jądrowe. Wszystko to przeciw przepojonej złem sile zwanej magią. Nie znamy jej natury i nie umiemy się przed nią bronić.
Dręczy mnie wrażenie, że robimy źle. Dwudziestowieczne bajki zrodzone z jeszcze starszych ziemskich mitów i legend powinny pozostać tylko snami szaleńców. Ale ja czuję, że to wszystko istnieje. Wije się i kłębi tuż przed nami na małym bąbelku planety. A my biegniemy tam jak jagnię w paszczę lwa.

Podziel się: