Obaj bogowie

Gdy zbyt długo patrzysz w otchłań, otchłań zaczyna patrzeć w ciebie – inkwizytor Amerson powtórzył pod nosem słowa mędrca żyjącego według legend, gdzieś u początków cywilizacji na Terze. Dzisiejsza masakra na planecie Karbat i klęska flotylli w układzie Terasiusa były dla niego niezwykle bolesne. Na męstwo Imperatora! – pomyślał, ilu jeszcze przyjaciół będzie musiał stracić nim skończy się ten szalony etap krucjaty? Ile jeszcze dusz zniknie z tego świata w niewyjaśnionych okolicznościach nim zrozumieją to, co Chaos postawił na ich drodze?

Przed chwilą dotarła do niego informacja o tym, że kapitan D’ramor, dowódca szwadronu Gwiezdnej Floty zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach.  Co miało to wszystko znaczyć? Amerson wstał, na swoim statku miał ogromną bibliotekę, tam właśnie skierował swoje kroki. Okręt układał się do snu, w pozbawionej cykli dnia i nocy kosmicznej pustce sztucznie ustalono pory na pracę, sen i odpoczynek. Korytarze pustoszały, a biblioteka była dostępna teraz wyłącznie dla niego. Rozpoczął od najstarszych zbiorów. Wertował kroniki, przeglądał relacje z historycznych wydarzeń, protokoły przesłuchań heretyków. Bezskutecznie, nigdzie nie trafił na coś, co różniłoby się od znanych mu opisów.

Gdy wertował opasłe tomy usłyszał kroki. Sięgnął po blaster i odwrócił się w kierunku drzwi. To, co zobaczył wydawało się snem. Gdyby nie siła jego umysłu i wiary z pewnością stwierdziłby, że ma omamy. Zobaczył Go – dostojnego i władczego, jak w dniach największego tryumfu. W lśniącym pancerzu kroczącego dumnie ku czytelni, w której urzeczony stał Amerson. On,Imperator we własnej osobie odwiedzał statek swojego inkwizytora. Prowadził ze sobą gościa, człowieka odzianego w dziwny pancerz, podeszłego wiekiem z koroną na głowie i pięknym mieczem u boku. Szli ramię w ramię, dumni i pewni, a bijący od nich majestat wręcz zmuszał do ukłonu. Amerson padł na kolana.

– Wstań inkwizytorze – rozkazał Imperator – Przybywam tu z Sigmarem, pierwszy Cesarzem imperium Terry by ostrzec ludzi przed powrotem zjednoczonego chaosu – imperator mówił wprost w myśli Amersona, jego pełne mocy słowa nasączały duszę…

– Przeszłość zatoczyła koło i złączyła się z waszą teraźniejszością – odezwał się starzec z mieczem – powstała wyrwa, która połączyła świat początku by z tych dni stworzyć świat końca. Musicie znaleźć siłę, aby zamknąć bramy Chaosu z przeszłości. Inaczej wszystko zginie.

– Ci, którzy mi służą – kontynuował Imperator – doznają łaski oświecenia, a ty, Amersonie będziesz tym, który na skrzydłach burzy poniesie ostrzeżenie do wszystkich krain imperium. Tymczasem otrzymasz dary, przeszłości i teraźniejszości, które pomogą ci stanąć przeciw tym strasznym czasom.

Imperator i Sigmar nałożyli na niego ręce. Przez ciało Amersona przepłynęła fala mocy. Przed oczami pojawiły się obrazy – krwawe bitwy z przeszłości, legiony krępych wojowników o zaciętych twarzach walczących u boku ludzi, języki ognia tryskające wprost z rąk mistyków o szalonych spojrzeniach, bujne lasy i piękne połoniny splamione krwią setek żołnierzy… A po tym bitwy sił imperialnych – miliony istnień, oddziały jak pionki na planszy, elity i zwykli szeregowcy ramię w ramię naprzeciw armii Chaosu, śmierć zagłada i zniszczenie.

Inkwizytor padł na podłogę. Oszołomiony, wyczerpany, przytłoczony mocą, której rąbka mu uchylono. Nie widział jeszcze, co się z nim stało. Nie widział błyszczących w ciemności oczu, i dziwnych znaków na grzbietach dłoni. Czuł jednak przepełniająca go moc. I wiarę…

Podziel się: