Nie ma już latarń

Kiedy tracisz coś na zawsze ogarnia cię smutek. Przynajmniej tak powinno być. Uczucie bezgranicznej pustki i wypalenia oraz kilka innych symptomów właściwych zawaleniu się pewnej części twojego życia powinno pojawić się niemal natychmiast.

Powinno, ale się nie pojawiło. Nawet wściekłość na ironię całej sytuacji nie była tak intensywna jak mogłaby być. To wszystko było teatralne i melodramatyczne,  groteskowe. Znał ją przecież tyle lat.  Znał ją dobrze. A teraz wszystko urwało się na zawsze. Beznadziejnie i głupio.  Nawet w tym z pozoru nienormalnym świecie wydarzenia ostatnich tygodni wydawały mu się wręcz nierealne.

Nie powinien w ogóle reagować na to, co go spotkało jakiś czas temu. Nie powinien pchać się tam, gdzie – jak słusznie przypuszczał – czeka go tylko ogromne rozczarowanie. Ale zrobił to. Jak idiota, po raz kolejny. I znów skończyło się tak samo. Opanowało go chłodne i wyrachowane poczucie, że doskonale wie, co powinien zrobić. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie da rady. Nie umiał i w głębi serca wcale tego nie chciał.

Nic już nie będzie nie będzie takie samo. – Dobrze,  że znałem cię kiedyś – mruknął pod nosem gasząc światło wielkiej latarni morskiej. Nim ostatecznie zamknął za sobą drzwi rzucił w morze butelkę z prostym dwuwersem zapisanym na starej kartce.

Ponoć latarnie morskie nie gasną, pomyślał gorzko… ale teraz nie było już na kogo czekać.

Podziel się: