Nad piękną modrą rzeką

Skrzypcowe tremolo i nieznośny, wręcz natarczywy róg. Idealny sygnał do dobycia szabli. Tak, szabli, nie szpady… Dobrego polskiego oręża – kościuszkówki. Mam też husarską, ale jest za duża, nie będzie pasowała do taktu.

Wykonuję kilka machnięć, swobodnie rozgrzewając nadgarstki. Waltz rozkręca się.

Muzyka przechodzi w tonację D, zaczynam wykonywać co raz śmielsze ruchy bronią, czuję jej wyważenie, niewielką bezwładność. Wydaje się idealna, scala w sobie najwznioślejsze idee płatnerzy z przestrzeni wieków. Zderzenie wschodu i zachodu, tworzące nierozerwalne, bliskie perfekcji połączenie.

Jak chór i orkiestra, dla których pisano ten walc. Ale harfa i znów rogi w drugiej sekcji – nieznacznie burzą harmonię. Mimo, że poprawione przez Mistrza, mimo że interpretowane przez filharmoników z Wiednia. Nie miał rzeczywiście młodszy ze Strauss’ów ręki do utworów na chór i orkiestrę.

Niewielkie dysharmonie są dziełem kompozycyjnego niezdecydowania i braku wprawy u geniusza. Jak moja kościuszkówka – czasami zbyt bezwładna, nieco za szybka na precyzyjne ciosy. Ale tańczę z nią, z tą nieidealną bronią do nieidealnego arcydzieła. Sam nie wiem czy prowadzi mnie mój trening czy muzyka. W takich chwilach czuję się jak wtedy, kiedy otwierałem zapieczętowany testament mojego dziadka. Jakby coś mną kierowało, prowadziła mnie nieznana melodia. Idealna harmonia, wibracja atomów która, jak teraz rytm wiedeńskiego walca, nadawała ramy temu co robię.

Tymczasem utwór zwalnia. Po radosnym, rozkrzyczanym rytmie z wesołymi trój-nutowymi końcówkami przychodzi pora na cichą, dostojną melodię przerywaną z rzadka kontrastującymi sekcjami w tonacji B. Robi się niemal wagnerowsko… Tu byłoby miejsce na husarską szablę – na jej nieustępliwość, dostojeństwo, uśpioną siłę. Szkoda, że nie miałem jej ze sobą podczas wyprawy do Cueva de las Manos, Jaskini Rąk. Obroniłaby nas przed Indianami i pewnie Joshua by żył. Ale wtedy miałem ze sobą tylko krótki nóż.

Tamtej deszczowej lipcowej nocy czas płynął wokół nas jak teraz nuty – wolno, lepko, z rzadka tylko przyspieszając, gdy pod ostrzami dzid czy nawałą kamieni ginął któryś z członków mojej ekspedycji.

Ale każdy koszmar i każda apatia się kończy. Muzyka staje się bardzo wyrafinowana, jakby wiedziała jaką moc niesie. Zaczynam co raz precyzyjniej uderzać szablą, dostrajam się do  broni. Uzyskuję wyższą świadomość. Tak samo czuło się pewnie wielu astronomów i fizyków, gdy zaczęło badać ciała niebieskie i światło. Przechodząc od radosnego chaosu, przez nawiną ekscytację byli się co raz bardziej świadomi swej potęgi. Głowy manekinów jedna po drugiej spadają na podłogę sali treningowej niemal równo z taktem. Morderczy taniec szermierza i ostrza staje się powoli całkowicie synchroniczny, już ułamki sekund dzielą nas od bycia jednością a muzykę od doskonałości złotej proporcji.

Ale nastrój znów się zmienia. Na chwilę staje się melancholijny. Jakby Strauss też popadał w zadumę nad otaczającym go światem. Może także zdawał sobie sprawę jak wielu rzeczy jeszcze nie wiemy o tym, co zwykliśmy nazywać rzeczywistością. Nie mam pojęcia co ściągnęło naraz tych wszystkich Indian do Jaskini Rąk, nie wiem czy mój dziadek miał rację twierdząc, że ślady na skałach nie są namalowane a wypalone, jakby za ludźmi dotykającymi kamienia wyzwoliła się wielka energia spopielając zebranych w ułamku sekundy i zostawiając odbicia ich dłoni na skale niczym światło na negatywie.

Swobodnie macham szablą, jakby studząc jej ostrze. Amor patriae nostra lex – czytam napis na głowni tuż nad jelcem. Muzyka przyspiesza. Tyle jeszcze przed nami do odkrycia – prawa natury światła, przeszłość gwiazd. Czym są wobec nich takie drobnostki jak kraje, narody czy pojedyncze ludzkie życia.

Cięte szablą powietrze gwiżdże uzupełniając pełne energii skrzypce i rogi. Musimy nauczyć się fotografować, rejestrować, interpretować dowody. Bo tylko wnikliwa analiza doprowadzi ludzkość do kolejnych, głębszych prawd. Jak mnie analiza pojedynczych wskazówek doprowadziła do testamentu dziadka i śladu starożytnej katastrofy sprzed dziesiątek stuleci.

Walc osiąga kulminacyjny punkt, zaczyna się koda. Dynamicznym pasażem, markując uniki, kieruję się w stronę porteru dziadka. Wisi dumnie na jednej ze ścian trzymając w ręku być może ostatnią z nierozwiązanych zagadek tego domu – wielki krucyfiks rzeźbiony z bursztynu. Staję przed obliczem przodka, kłaniam się. Muzyka milknie.

„Diabli wzięli walc, żałuję tylko kody – to był prawdziwy sukces” – zwykł mawiać młodszy ze Strauss’ów o swoim dziele. I nawet jeśli miałoby tak być, nawet jeśli mielibyśmy zapłacić najwyższą cenę za wiedzę, gotów jestem poprowadzić ludzkość do rozwikłania tych największych zagadek. Byleby światły koniec zwieńczył to dzieło.

Podziel się: