May the force be with you.

„The good fighters of old first put themselves beyond the possibility of defeat, and then waited for an opportunity of defeating the enemy” ten cytat z Sun Tzu  wydaje się idealnym podsumowaniem wrażeń po obejrzeniu nowego Star Wars. Dlaczego? Bo JJ Abrams  okazał się takim właśnie dobrym starym wojownikiem, który doskonale przemyślał strategię, nie przestraszył się pokładanych w nim nadziei i wygrał bitwę. Dając nam wszystkim kawałek porządnego kina okraszonego ogromną dawką geekowskiej miłości.

Przyznam się od razu, że nie jestem ani ortodoksyjnym fanem Gwiezdnych Wojen, ani specjalistą z zakresu ich uniwersum. Znam filmy, zakochany jestem w niektórych książkach sygnowanych logo gwiezdnej sagi, ale do nowego dzieła spod znaku świetlnej szabli podchodziłem raczej z entuzjazmem neofity niż obawą wiekowego adepta.

Wygórowane i bardzo głośno artykułowane oczekiwania wobec części siódmej były dla mnie jednak czymś naturalnym. Wszak Gwiezdne Wojny to tekst kultury znany praktycznie w całym świecie cywilizacji zachodu (albo i nieco dalej), dodatkowo mający status ikony w jej popkulturowym aspekcie.  Ponadto Saga zgromadziła wokół siebie ogromny i oddany fandom, zniechęcony (moim zdaniem słusznie) „nową” trylogią, której sztuczna i skomercjalizowana do granic możliwości estetyka odarła historię z całego artystycznego blichtru dalekowschodniej baśni jaki towarzyszył pierwszym trzem filmom.

W takich trudnych okolicznościach, na kolizyjnym kursie spotkali się neofici skuszeni legendą Sokoła Millenium (tak, „Chewie, we’re home”  rzuciło wszystkich na kolana 🙂 ), starzy fani sagi z niecierpliwością oczekujący dzieła na miarę oryginalnej trylogii oraz producenci filmu. Jakby wybuchowej mieszanki było mało, między tymi trzema grupami, co jakiś czas – niczym rasowi agenci Ciemnej Strony – pojawiali się specjaliści od zarabiania pieniędzy z logo Disney’a wrzucając to tu, to tam jakąś figurkę, zestaw klocków czy plakat.

Wojna nerwów trwała. Petycje, deklaracje, trailery, spojlery. Wsłuchując się w emocje towarzyszące każdej wzmiance o filmie, można było odnieść wrażenie, że gra toczy się o losy świata nie o grudniowy blockbuster. Kiedy więc dziś, tuż po północy zgasły światła w kinowych salach miałem wrażenie, że wszyscy wstrzymali oddech.

A potem była już tylko jazda bez trzymanki. Każda minuta tego filmu to ukłon w stronę fanów. Liczby gagów, nawiązań czy klisz z oryginalnej trylogii nie sposób chyba policzyć. Miejsca, projekty broni czy czy statków sprawią, że każdy fan poczuje się jak w domu. Estetyką, sposobem prowadzenia fabuły czy rysowania postaci wróciliśmy do oryginalnej historii, mniej było tu midichlorianów, naukowych i paranaukowych wyjaśnień, więcej zaś niedopowiedzeń, domysłów i aury tajemniczości otaczającej Moc. A wszystko doprawione zostało perfekcyjnym sytuacyjnym humorem i brawurą, której nie powstydziliby się Dominic Toretto i jego paczka.

I mógłbym jeszcze długo rozpływać się nad technikaliami, szczegółami scenariusza czy prowadzeniem postaci. Wiem jednak, że są ludzie, którzy znają się na tym dużo lepiej ode mnie i wykonają taką ocenę znacznie rzetelniej z rzemieślniczego punktu widzenia.

Dla mnie jednak, paradoksalnie, wizualia, scenariusz i technika zeszły na dalszy plan. Bo, przede wszystkim, z każdej minuty tego filmu bije miłość do Gwiezdnych Wojen. Miłość dla ich świata, dla jego legend, dla idei. W eskalacji tej miłości nie przeszkodziła ani nowa trylogia, ani reset świata, ani marketingowcy tego czy innego Disney’a. JJ Abrams tak na prawdę nie kręcił filmu. Opowiedział nam o swoim spotkaniu z Mocą. I opowieść tę poprowadził po mistrzowsku, jak dobry strateg, wszystkimi dostępnymi metodami.

Każdy uśmiech na twarzach widzów, każdy błysk dziecięcej euforii w oczach na widok planety czy statku, każdy żart, który widownia kończyła wraz z bohaterami jest dowodem na to, że oprócz porządnego (merytorycznie i technicznie) kina, byliśmy świadkami niebywale rzadkiego dziś porozumienia – marketingu i idei. Oto bowiem dostaliśmy masowy, promowany film, z którego hektolitrami wylewa się miłość dla realizowanego przezeń tematu i szacunek dla jego najwierniejszych fanów.

Z tego tylko powodu warto ten film zobaczyć.

Podziel się: