Jerusalem

Staję w progu Jerozolimy. Razem z grupką polskich turystów – dumnych i zadowolonych z siebie. Dotarli do ziemi Mesjasza. Zaliczają właśnie kolejny cel na objazdowej mapie bliskiego wschodu. Teraz czeka ich piękny spacer malowniczymi uliczkami.

A ja czuję krew. Nie mogę pozbyć się tego dziwnego wrażenia, metalicznego posmaku i kwaśnej nutki snującej się pomiędzy starannie dobranymi korzennymi zapachami raczącymi turystów.

Tak wielu ludzi tutaj zginęło. Wczoraj, przed wczoraj… Tysiąc lat temu, a nawet wcześniej. Idziemy ku Golgocie, górze straceń, po to by obejrzeć miasto z poziomu krzyża. Jakże wspaniały widok musiał mieć Zbawiciel tuż przed śmiercią. Szkoda, że nie miał aparatu, najlepiej z szerokokątnym obiektywem, bo panorama jest tak śliczna, że aż grzech jej nie uwiecznić.

Staję z boku, za Polakami i kupką hałasujących Japończyków. Tutaj gdzie stoję wszystko się dokonało. To właśnie stąd Jezus patrzył na błękit nad miastem, tamtego dnia cichy i nader spokojny. To właśnie to miejsce tak bardzo chciał ujrzeć Ryszard Lwie Serce i, o ironio, nigdy mu się to nie udało.

Moja wycieczka rusza dalej wąskimi uliczkami ku Wieczernikowi. Sentymentalna podróż zdewociałych dorobkiewiczów. Tak w skrócie można określić plan tej małej wyprawy. Krucjaty XXI wieku, jednej z setek przybywających tutaj co miesiąc. Wszyscy czują się jak Chrześcijanie w połowie średniowiecza. Chodzą ścieżkami swojego Boga, odwiedzają jego miejsca i z dumnie podniesionymi głowami czują się jak zwycięzcy. W miejscu, gdzie europejski kościół nie zwyciężył nigdy.

Jak wspomniałem idziemy w dół. Mijając nieważne dla większości miejsca. Tymczasem zostawiliśmy właśnie  za sobą dom przy którym Saladyn pił herbatę z Chrześcijanami tuż po pierwszym rozejmie w mieście. Nadal czuć tu korzenną woń starego tajemniczego orientu. Zamykam oczy… Widzę tę scenę, jakbym był tam wczoraj. Sułtan był dumnym i mądrym człowiekiem. Pełnym dumy i rozsądku, co wśród dzisiejszych muzułmanów jest niebywałą rzadkością. Ach… Ileż dałbym, żeby znów z nim pomówić.

Zostawiam na chwilę moją wycieczkę. I tak nie zauważą mojego zniknięcia. Któż przejmowałby się szarym dachowcem wlekącym się za grupką turystów? Siadam wygodnie na jednym z gzymsów. Całe wieki nie oglądałem tego widoku. Choć miasto kojarzy mi się raczej smutno, to jest w nim coś magicznego.

Pamiętam, kiedy Saladyn oprowadzał mnie po nim pewnej księżycowej nocy. Udało nam się spotkać nawet zbłąkane dżinny Salomona. Do dziś ponoć szwendają się po pustyni, ale rozglądałem się za nimi podczas drogi a żadnego nie spotkałem. Może dlatego, że z okien autokaru trudno cokolwiek wypatrzyć, a ta geriatryczna zbieranina nie nadaje się do konnej wędrówki przez ten trudny kraj.

Och, zapomniałbym. Przecież przyjechałem tutaj w konkretnym celu. Wycieczki są fajne, ale w moim wieku nie ma jeszcze miejsca na błogie nicnierobienie. Muszę znaleźć stary gaj… Powinien być gdzieś w okolicach Wieczernika właśnie… Właściwie to tuż obok…O ile nie przerobiono go na sklep z kebabem albo tajny skład terrorystycznej broni. Dlatego nie lubię dziś krajów orientu. W ruinach Babilonu łatwiej natknąć się na paliwo jądrowe niż na syryjskie duchy. Świat schodzi na psy.

Ale oto jest – niewielkie drzwiczki tuż przy Wieczerniku. Wyglądają raczej jak wyjście dla zwierząt, więc nikt nie zwraca uwagi ani na nie ani na kota, który wślizguje się do środka.

– Mefisto? – słyszę słaby głos za plecami, to stary Ahmed, opiekun tego miejsca. Odwracam się. Muzułmanin leży na pięknej sofie, otulony poduszkami i zapachem śmierci. Przybyłem w samą porę. Gdzieś w niknącej woni kwiatów jaśminu i delikatnej bryzie orzeźwiającej pustynnej wody dociera do mnie, że jeszcze chwila – dzień lub dwa i mógłbym nie zdążyć.

– Mahometa nie ma? I Jezusa? – pytam ostrożnie – Zawsze uwielbiali tutaj przychodzić.

– Nie Mefisto. Uczty nieśmiertelnych już się skończyły. Miasto umiera, a ja razem z nim.

– Ale to nie możliwe! Przecież to święte miejsce. I tak ukochane przez wszystkich.

– Świat się zmienił mój drogi – odpowiada mi Arab – Jeszcze stulecie lub dwa i miasto pochłonie pustynia. Ja nie doczekam końca dekady. Oni opuścili wszystkie swoje miejsca. Nie było ich tutaj od dziesięcioleci i ja nawet się już ich nie spodziewam.

Ahmed mówi z wysiłkiem, głos łamie mu się, a po policzkach spływają łzy. Gdy zapada w płytki sen wychodzę. Jerozolima wita mnie południowym żarem, w którym wydaje się trupio-blada. Gotowa na śmierć. Idę w stronę miejsca czaszki. Nie pozwolę, by tak to się skończyło. Nie pozwolę umrzeć temu miastu. Nie tak po prostu.

Podziel się: