Góry

Nie wrócę. – dwa słowa i podpis wieńczyły krótki list. Ostatni, jak sobie obiecał i dziesiąty już, którego nie wysłał. I już nigdy miał nie wysłać… Pisał je co roku, w każdą rocznicę wypadku, tak by nigdy nie zapomniał dlaczego został uwięziony tak blisko a jednocześnie tak daleko od swojego przeznaczenia.

Odłożył pióro i opadł ciężko na oparcie fotela. Czasami sam nie wiedział już, co jest gorsze – świadomość, że nigdy nie zobaczy gór, czy wiedza, że już zawsze będzie z nimi związany. Kaukaz, słowo klucz. Pojawiało się w jego życiu i znikało. Wracało jak bumerang, jak przekleństwo. Ale od dekady to nie Kaukaz był przekleństwem, tylko sytuacja… Kuriozalna sytuacja, w której się znajdował. Był kaleką, ten trudny i niezaprzeczalny fakt z każdym rokiem co raz bardziej odciskał się na jego umyśle. Jestem kaleką – już sama ta myśl napawała go wściekłością, a świadomość, że tak już zostanie i jest tak na jego własne życzenie wcale nie pomagała.

Sięgnął po kubek wypełniony mocną herbatą, upił nieco. Wrzątek otrzeźwił go. Wychylił się, zabrał kule stojące nieopodal mebla, wstał dysząc ciężko i pokuśtykał do okna. Rozorane moździerzowym pociskiem biodro zrosło się dawno temu, ale każdy krok sprawiał mu ból.

Spojrzał na niewielkie okno, brudna szyba ustąpiła pod naporem jego pięści, krew z rozciętej dłoni przelewała się miękko między palcami, a przez rozbite okno sączyło się ciężkie jesienne powietrze.

Góry. Miał je tak blisko, tuż za szybą, a jednocześnie boleśnie wiedział, że już nigdy nie wróci pomiędzy szczyty. Tkwił tu już dekadę, uratowany przez Talibów, w małej wiosce bez nazwy i swojego miejsca w świecie, gdzieś na obrzeżach cywilizacji.

Zacisnął pięść, odłamki szkła wbiły się w dłoń głębiej z nieprzyjemnym chrzęstem. To ból trzymał go przy życiu, ból i gniew. One sprawiały, że wciąż tu tkwił – żywy, na przekór sobie.

Ale co raz mniej było w nim sił. Z każdym dniem, z każdym zachodem słońca jego motywacja słabła. Aby trwać potrzebował więcej bólu, więcej gniewu. Tylko obojętne góry za ścianą jego przytulnego więzienia przestały już go wzruszać i gniewać. Patrzył na nie, patrzył codziennie, ale w widokach zza okna nie było już pasji, niebezpieczeństwa, życia… Były tylko skały i śnieg. Piękne, choć martwe dla niego.

Odwrócił się, na biurku nieopodal okna leżała broń. Stary dobry Nazgat. W magazynku była kula, jedna. Zakręcił bębenkiem, gdy zimna lufa dotknęła skroni ostatni raz spojrzał na Kaukaz. Nie wrócę – szepnął i pociągnął za spust.

Podziel się: