Gdzieś.

Miasto jest szare, nieciekawe. Bezbarwne budynki ciągną się aż po horyzont. Kolejna stalowo – betonowa klatka, przystanek w rajdzie przez Kaukaz… Nawet nie znam jego nazwy, z resztą nie ma ona żadnego znaczenia. Nie jestem turystą i nie przyjechałem tutaj zwiedzać.

Wybieram hotel, obskurny komunistyczny blok, zamawiam jedynkę, na dziesiątym piętrze, z balkonem. Tak z przyzwyczajenia.

Prysznic. Pierwszy od dłuższego czasu. Zmywa ze mnie nie tylko brud fizyczny, ale także brud decyzji, podjętych albo nie, świadomych albo nie, ale jednak decyzji. Stoję w strumieniu gorących kropel i doświadcza umysłowej akupunktury. Retrospekcja, jak igła – bezgłośne ukłucie bólu pojawia się w mojej głowie. Po niej kolejna, jeszcze jedna. Woda i ból zmywają ze mnie senność a z nią resztki nadziei na zapomnienie.

Odświeżony i rześki, do bólu świadomy, spoglądam przez okno. Wiele jest rzeczy, których początku wolałbym nie pamiętać, ich mgliste widma prześladują mnie do dzisiaj. Na szczęście, jak uświadomiłem sobie w mojej podróży przez Azję do tego betonowego miasta większość moich kompanów, towarzyszy broni i wrogów nie żyje już albo rozpierzchła się po świecie. Mogą więc tylko nawiedzać mnie w snach i przyprawiać o poranny ból głowy, bo w ich poukładanym, pełnym żon, mężów i dzieci życiu bądź w zaświatach nie ma już miejsca na przygodę, przyjaźń i miłość. Tak oto, po tych wszystkich latach, zostałem sam. Bynajmniej nie dlatego, że wygrałem. Nawet o wrogów już co raz trudniej. Przynajmniej tych prawdziwych.

Wychodzę na balkon, czuję ten wszechobecny zapach betonowych miast – specyficzną mieszankę spalin, dymów i gotowanych ziemniaków, swoistą esencję dogorywającego socjalizmu. Ta woń prześladuje mnie od jakiegoś czasu, podobnie jak pytanie co i gdzie poszło nie tak. Zastanawiam się, co raz częściej, kiedy popełniłem błąd, który doprowadził to tego, że stałem się tym, kim jestem teraz, bo przecież w moim życiu nic nie miało prawa się nie udać… Co więcej, większość – w teorii – się udała. A jednak patrząc w lustro zamiast polityka, prawnika czy lekarza widzę zmęczoną twarz najemnika, który nawet nie może posługiwać się prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Nawet rok i miesiąc są zazwyczaj inne niż się spodziewam. Czas przecieka mi przez palce, a razem z nim jakiś czas temu uciekła także ostatnia szansa by zmienić wszystko na lepsze.

Otworzyłbym teraz piwo, ale nie mam piwa. Za to mam broń – ramię mojej nienawiści i gniewu, dwóch motorów wszystkiego, co czynię. Tylko ona mi została. Przeczytałem gdzieś, kiedyś że uświadomienie to akt stworzenia. A teraz, w tym malutkim pokoiku z łazienką, czekając na wykonanie wyroku, w którym będę jednocześnie katem i podsądnym zastanawiam się, czy wobec tego wszystko wokół mnie powołałem do istnienia sam? Czy wszystkie te niepowodzenia, cała wrogość to projekcja mojej świadomości, która nie wierzyła, że może się udać?

Wychodzę na balkon. Znów. Ciągnie mnie do otwartych przestrzeni, szerokich horyzontów. Wszystko, to co się stało ma już co raz mniejsze znaczenie. Ja jestem stary, a wszyscy Ci, którzy byli wokół mnie umarli lub uciekli. Albo sam ich zabiłem – przyjaciół i wrogów. Idzie jesień, zdaje się, że teraz już tylko to jest ważne – cykliczność świata, której jak na razie nie potrafimy zepsuć.

Pora podjąć poważne decyzje. I najsmutniejsze jest to, że nie ma znaczenia gdzie się je podejmie – w domu, na polu walki czy tutaj, w bezimiennym betonowym mieście gdzieś po środku niczego. Trzeba zawsze stać po właściwej stronie – broni czy obiektywu, kto tego nie umie ten przegrywa.

Wschodni wiatr niesie zapach zimy, zostawiłem moją broń na stoliku – zostawiłem ostatnią przyjaciółkę. Klucz jest w drzwiach. Po właściwej stronie…

Podziel się: