Długo i nudno

Kiedy wjechali w las Kalit zawahała się. Trupie piętno, które naznaczyło krainę przepełniało młodą kapłankę odrazą. Jechali wąskim duktem wzdłuż alei obumarłych drzew. Mgła ustąpiła, ale krajobraz nadal wyglądał złowieszczo. Nieliczne zarośla wyglądały teraz jak skupiska upiornych rąk wyciągniętych ku niebu i błagających o łaskę Najwyższego, a powyginane konary przypominały sylwetki męczenników przygniecionych do ziemi ciężarem pokuty.
Posępny nastrój udzielał się obojgu podróżnikom. Przedłużające się milczenie przerwała Kalit.
– To tutaj był Twój zakon, prawda?
– Tak – bąknął Kren, a nim kapłanka rozwinęła podjęty z kurtuazji temat, dodał – Pewne rzeczy zostały źle rozegrane, ale ja nie miałem na to wpływu. Trzeba będzie za to dziś zapłacić pewną cenę, i próbować to zmienić…
– Wiesz, nadal niewiele rozumiem z tego, co mi opowiedziałeś w karczmie. A Twoje milczenie i te dziwne aluzje wcale nie pomagają mi dojść do prawdy.
– Znasz to powiedzenie, że dziś jest nasze, jutro – kto wie czyje? Kiedy zrozumiesz, dlaczego jest ono tak tragiczne, wówczas zrozumiesz także to, co chciałem Ci przekazać. Albo przynajmniej przestaniesz się nad tym zastanawiać.
Nagle Kalit wyprzedziła Krena, zajechała mu drogę. Zaskoczony wierzchowiec kapłana niemal stanął dęba.
– Przestań! Przestań bawić się ze mną w jakieś dziwne gierki. – jej oczy iskrzyły gniewem – Wiem, że coś przeskrobałeś. Kazano mi Cię mieć na oku. To, co mi powiedziałeś nieco wyjaśniło sytuację, ale tak naprawdę nie wiem nadal po której jesteś stronie.
– Po swojej Kalit, tylko po swojej – odparł zrezygnowany – Dojedźmy do klasztoru. Proszę. Tam Ci wszystko wytłumaczę.
Resztę drogi pokonali w milczeniu. Kiedy dojechali przed bramy klasztoru Kren zsiadł z konia. Kalit rozglądała się niespokojnie, ciągle trzymając w pogotowiu swój święty symbol. Przeszli przez dziedziniec, a kiedy dotarli do równego rzędu świeżo wykopanych grobów Kalit położyła rękę na ramieniu kapłana.
– To Twoi bracia?
– Tak, wszyscy, których udało się jeszcze pochować.
– Co tutaj się stało? To nie są zniszczenia dokonane wyłącznie przez armię nieumarłych. Ta ziemia została skażona. Na niespotykaną skalę.
Usiedli na zwalonym pniu drzewa. Jakiś kruk wylądował obok i bacznie przypatrywał się Kalit. Czarne zwierzę o lśniących piórach po chwili przysiadło na ramieniu kapłana i gniewnie dziobnęło go w ucho. Zanim zareagowała Kalit, Kren odgonił kruka, zmarszczył brwi a zwierzę odleciało daleko.
Rozmawiali długo. Kapłan opisał Kalit wydarzenia kilku poprzednich dni. Kiedy przy magicznym ognisku przed równie magicznym namiotem jedli kolację kapłanka postanowiła przejąć inicjatywę. Była młoda, ale widać było, że wiedziała jak skorzystać ze swoich wdzięków by zawrócić mężczyznom w głowie…
– Wygląda na to, że stoczyliście tutaj naprawdę ciężki bój. Ale to nadal niczego nie wyjaśnia. A przynajmniej nie wyjaśnia, co to wszystko ma wspólnego z Tobą Kren. – spojrzała na niego kasztanowymi oczami. Uśmiechnęła się lekko, jednak widząc marsową minę kapłana natychmiast opuściła wzrok.
– … zmarłego żegna się dwa razy, pierwszy- kiedy zamyka się wieko trumny, drugi, kiedy opada ostatnia grudka ziemi… – mruknął pod nosem kapłan, po czym spojrzał na dziewczynę – Powiedziałem Ci wszystko to, co powinnaś dziś wiedzieć. Jesteś w sporym niebezpieczeństwie – przeze mnie. Jeśli musisz komuś złożyć raport, to go złóż. Powtórz to, co usłyszałaś.
– Kren, na litość Najwyższego, tutaj nie chodzi o żadne raporty. Zaufaj mi. Przecież zgodziłam się stanąć po Twojej stronie. Uwierz wreszcie, że masz we mnie przyjaciela. – oczy dziewczyny zrobiły się wilgotne od łez. To zaskoczyło kapłana, który nie spodziewał się aż tak emocjonalnej reakcji.
Po posiłku, kiedy Kalit położyła się spać, Kren stanął na warcie. Chociaż nie sądził by groziło im jakiekolwiek niebezpieczeństwo wolał w spokoju przemyśleć kilka rzeczy.
Najpierw pojawił się kruk – błysnął ślepiami w ciemności, przysiadł na gałęzi i spojrzał wprost na kapłana. Zaraz po nim przez jaśniejące mlecznym światłem powietrze pojawiła się Amaterasu.
– Co to za dziewczyna? – bogini wyglądała na zirytowaną. Opadające na czoło blond włosy nieco przysłoniły zmarszczki gniewu, ale zaciśnięte drobne usta zdradzały, że nie jest w najlepszym humorze. Usiadła obok Krena, jej lekka biała tunika zafalowała delikatnie odsłaniając dekolt.
– To jest Kalit, kapłanka ze stolicy. Ma pomóc w odbudowie zakonu.
– Dobry żart Kren. Czy Ty do końca postradałeś rozum? Sprowadzasz sobie na głowę szpiegów kościoła. Nie dość, że Hell wystawiła nas wszystkich do wiatru, a Uriel był całkiem chętny do dogadania się z nią, to jeszcze teraz Ty pogarszasz sytuację nas wszystkich.
– Nie bój się o to, Kalit niczego nie wie. Ja też nie powiedziałem jej nic poza to, co wiedzą szpiedzy kościoła.
– To po co Ci ona?
– Chcesz, żebym odpowiedział Ci szczerze? Cóż. Ona tak naprawdę jest tym wszystkim co ja zdążyłem już stracić. Jest młoda, ma w sobie wiarę. Wiarę w to, co robi, wiarę w to, że będzie dobrze. I pewność, że jej postępowanie jest słuszne.
– Czy to jest warte ryzyka? – bogini niepewnie spojrzała na Krena
– Musi chodzić o coś więcej we wszystkim w co wierzyłem, Amaterasu, musi. Cały czas trzymam się tej myśli i dlatego twierdzę, że to jest warte ryzyka.
Kapłan wstał, wziął zaskoczoną Amaterasu pod rękę i odprowadził w ciemność.
Długo szli w milczeniu. Cienie złowrogiego lasu otaczającego wędrowców zdawały się uciekać przed majestatem bogini. Niebieskie oczy spoglądały zatroskanym wzrokiem na Krena. Cała złość wyparowała z bogini.
– Przed nami jeszcze wiele ciężkich prób. Pamiętaj o tym. Musicie uważniej dobierać swoich sojuszników. Teraz co raz więcej zależy o tego, czy uda Wam się przeżyć. Z naszą pomocą czy bez niej. – powiedziała spokojnie
– Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Ale to tak naprawdę przez Was jesteśmy w tej właśnie sytuacji. Ścigają nas jedne z najpotężniejszych sił w Imperium, ciągle grozi nam niebezpieczeństwo a ja straciłem łaskę mojego boga, który w dodatku nie okazał się wcale taki dobry. A przez to ja sam nie postępuję tak dobrze jak powinienem.
– Niech Ci będzie, 3:1 dla Ciebie… Bij mnie dalej… Może kiedyś zabijesz…
– Nie o to chodzi Amaterasu. Wiem, że to nie Wy dokonaliście tych wyborów i to nie Wy inspirujecie to wszystko. Ale właśnie dlatego tak mi zależy na Kalit. Bo ona jest żywym dowodem na to, że można jeszcze żyć normalnie. Tak jak ja kiedyś żyłem.
Bogini wyraźnie posmutniała. Odwróciła wzrok i już chciała odejść, kiedy kapłan złapał ją za rękę.
– Przepraszam. Nie chciałem sprawić Ci przykrości. Po prostu czasami czuję się jakbym robił coś naprawdę złego.
– Nie nazwę Cię oskarżonym, bo nim nie jesteś… Pamiętaj! – powiedziała Amaterasu na odchodne.
Kiedy się oddalała Kren usłyszał ciche słowa nuconej przez nią piosenki
Ciszy nieco więcej
niż gdzie indziej.
Przezroczyste dni.
Łatwo zapomniane noce.
Rozmowa, która nigdy
się nie kończy.
Jeśli
Ty.
Jeśli
ja.
Jeśli.
Znów masz rację Ami, mruknął kapłan i uśmiechnął się pod nosem, po czym wrócił do namiotu.
Kiedy dotarł do obozowiska zastał Kalit przed magicznym schronieniem. Siedziała w samej koszuli patrząc w pustkę. Na widok Krena wstała i uśmiechnęła się delikatnie.
– Dlaczego Cię nie było?
– Poszedłem sprawdzić czy wokół jest bezpiecznie. Tak się przecież robi na warcie – kapłan puścił do niej oczko.
– Tylko dlaczego przyzwałeś magiczne światło?
Kren spoważniał, objął Kalit w pasie i odprowadził do namiotu.
– To nie było zwykłe zaklęcie Kalit. Jeśli spotkamy się jeszcze… jeśli los da – nie jako wrogowie.. Wszystko Ci opowiem i wyjaśnię. A teraz śpijmy już… Proszę.
Podziel się: