Ultima ratio

Klasyfikowanie ograniczeń to chyba jedno z ulubionych zajęć naszej cywilizacji. Czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystkimi tymi ustawami, paragrafami i casusami rządzi jakiś złośliwy demon. Nie wiem jaki, może Asmodeusz albo Belzebub – to chyba ma niewielkie znaczenie, ważne że ten nieśmiertelny bardzo nas, ludzi nie lubi. Z wzajemnością jak się zdaje. Toczenie beznadziejnej walki z legislacją, właściwe kiedyś jedynie prawnikom, staje się powoli domeną każdego obywatela czyniąc z niego, posteriori, czarownika albo egzorcystę swojej małej rzeczywistości.

Z resztą dzisiejszy dziwny świat zmusza nas aż zbyt często do zaklinania rzeczywistości. Kiedy musimy bronić się przed złodziejami, zboczeńcami a nawet działającymi zdawałoby się bona fide przyjaciółmi zwyczajne metody postępowania przestają wystarczać. Dlatego rozglądamy się, my światli ludzie Zachodu, za talizmanami, amuletami i magią. Wracamy w świat wróżb, bożków i czarów, z którego wieki temu wyrwała nas dogasająca łuna światłości Karolingów. Samo w sobie poszukiwanie, jako takie, nie jest złe. Również poszukiwanie sil wyższych, niemniej traktowanie istnienia magii jako ultima ratio w zatargach z rzeczywistością, jest niegodne ludzi naszej cywilizacji. Czyni nas śmiesznymi i niepoważnymi wobec naszej kulturowej tożsamości.

My, Europejczycy, ja marynarz. Wszyscy walczymy z demonami. Nazwanymi bądź nie, magicznymi bądź nie. I to jest klucz – sentencja „tak bądź nie” jest wytrychem dzisiejszych czasów. Wszystko może być wszystkim i to, że przyjaciel może okazać się wrogiem wcale nie jest najgorszą z implikacji tej tezy. Na prawdę nie jest najgorszą.

Podziel się: