Miesiąc: Luty 2011

Długo i nudno

Kiedy wjechali w las Kalit zawahała się. Trupie piętno, które naznaczyło krainę przepełniało młodą kapłankę odrazą. Jechali wąskim duktem wzdłuż alei obumarłych drzew. Mgła ustąpiła, ale krajobraz nadal wyglądał złowieszczo. Nieliczne zarośla wyglądały teraz jak skupiska upiornych rąk wyciągniętych ku niebu i błagających o łaskę Najwyższego, a powyginane konary przypominały sylwetki męczenników przygniecionych do ziemi ciężarem pokuty.
Podziel się:

Rozmowa

– Boję się Ciebie, wiesz? – siedzący na spróchniałej kłodzie Kren wyglądał jak cień człowieka – Boję się jak cholera…

– Dlaczego? Przecież nie zrobię Ci nic złego – Amaterasu stanęła tuż przy sześciu świeżo usypanych kopczykach i wykonała nad nimi serię gestów – niech spoczywają w pokoju…

– Średnio mi się widzi ten pokój. Ciekaw jestem kiedy będę zmuszony do zabijania współbraci w imię tego, czym się stałem? Jak daleko to jeszcze nas zaprowadzi? Puki co nie chcę nawet domniemywać tego jak wiele zła wyrządzimy w imię jakiegoś dziwnego dobra…

– Dziwnego? Kren… Czasami wydaje mi się, że nie pojmujesz sytuacji. Przecież nie mamy wyjścia. Ani Ty ani ja, tak na prawdę. Oboje znaleźliśmy się w dziwnej sytuacji, gdzieś daleko poza obowiązującymi konwenansami. Teraz ogranicza nas tylko sumienie.

– Sumienie, które musi zaakceptować zdradę? – kapłan wstał, spokojnym krokiem przeszedł ku największej z mogił. Spojrzał przed siebie pustym wzrokiem szaleńca – Najpierw wszystko, co mogłem kochać zmieniło się w potwory, monstra i duchy, a potem okazało się, że nie ma sensu dalej walczyć, bo ci za których walczyłem wcale nie byli godni zaufania… Najpierw zdradzono mnie, a potem ja sam zdradziłem  swoje ideały, bratając się z nim – Kren wskazał ręką pół-demona przeglądającego zdobyczne łupy.

Nad zniszczonym opactwem w środku martwej głuszy zapadał zmierzch. Światło bijące od Amaterasu rozjaśniało mrok wokół i rozpraszało nieprzyjemną mgłę. Cienie powoli wypełniały las. Ostatnie czyste życie zgasło tutaj dawno temu. Wiedzieli o tym oboje, podobnie jak oboje zdawali sobie sprawę z tego do czego prowadziła ta cała historia.

– Może masz rację – bogini zaśmiała się sarkastycznie – ani Ciebie ani mnie nie powinno tutaj być. Nie powinniśmy nawet rozmawiać. Tymczasem zdaje się, że jesteśmy na siebie skazani  – Amaterasu wymownie spojrzała na ręce Krena… – Jestem Twoją nemezis, czy tego chcesz czy nie. I niezależnie od tego, co stanie się potem my nie stracimy siebie z oczu.

– To wcale nie taka zła perspektywa – te słowa zaskoczyły boginię – przecież w końcu wiele nas łączy. – Kren spojrzał jej prosto w oczy – Oboje wiemy, jak wiele…

Amaterasu przytaknęła, po czym zaczęła się oddalać, nim jej blask zniknął pochłonięty przez głuchą ciszę martwej nocy odwróciła się i zapytała:

– Dlaczego się mnie boisz?

– Bo wiesz co chcę zrobić, a ja wiem, że mnie nie powstrzymasz.

Jej cień rozpłynął się w powietrzu.

Podziel się:

Zakład

Umiera sam. Przegrał wyścig i teraz nie pozostało już nic poza pokłonieniem się śmierci.

A biedna Ami błąka się gdzieś po świecie. Biedna mała Ami i wiele innych, choć nie tak doskonałych

Jak Ona.

Zamyka oczy, te zmęczone stalowe oczy tak puste dzisiaj. Ten chłodny powiew, który omiata mu twarz jak pocałunek.

Ten powiew przypomina mu o kolejnej. Innej, jeszcze jednej. Której imienia nie pamięta, bo nie było ważne.

Podobnie jak Ami. Która też nie była ważna. Albo nie jest – bo teraz i wtedy zlały się w jedno. Jedno dzisiaj.

Otwiera oczy i spogląda przez szybę. Świat za oknem odbija się w pustych szkłach oczu. Bo przegrał.

P.s. damy jej na imię Tinúviel

Podziel się: