Miesiąc: Lipiec 2009

Legenda

Ludzie znają wiele historii. Wiedzą, że gdy słychać grzmot to aniołowie w szarych tunikach kulają beczki ambrozji do niebieskich pałaców. Znają prawdę o tym, że gdy zapala się papierosa od świeczki ginie marynarz – bo każdy płomień to czyjeś życie i nie wolno go bezcześcić… Choć dziś już nikt w te opowieści nie wierzy, to trwają one powtarzane od wieków.
Jest jednak historia już zupełnie zapomniana. Na poły dlatego, że jest jedną z najstarszych, na poły zaś dlatego, że dotyczy niewielkiego szczegółu – zjawiska dziejącego się co noc i tak oczywistego, że większość nie zwraca nań uwagi…
Świat od zawsze miał swoje prawa. Dzień i noc, pory roku, ciepło i zimno. Powtarzalne, logiczne i niezmienne zasady były kręgosłupem wszystkiego co stworzono w dziejach istnienia. Jest jednak prawo, które się tej logice wymyka – nieścisłość dostrzegalna jedynie podczas długich nocnych spacerów i podróży. Tuż nad ranem, gdy słońce zaczyna się budzić i w Świat powinno wstępować jego ożywcze ciepło robi się na zimno. Chłodna fala zalewa wszystko tuż przed nastaniem upragnionego dnia.
Niewielu pamięta dlaczego tak się dzieje. Prawie nikt nie uwierzyłby w tę historię… Dlaczego? Bo to smutna opowieść o obcych nam rzeczach.
Kiedyś po Ziemi chodziło wielu bogów. Dawno temu, nim odeszli zapomniani w mrokach historii. Jedni byli dobrzy, opiekowali się ludźmi, inni – źli płatali figle, czynili uroki i złowieszcze czary. Ale byli też tacy, którzy za nic mieli ludzi – bogowie letniego wiatru, wieczornej rosy czy smutnych wrzosowisk. Istnieli upajając się samymi sobą.
Taka była też bogini porannego ciepła, krucha istotka zakochana w Słońcu. To ona żarem swej miłość wypełniała pustkę między nocą a dniem. Choć nieświadomie, osłaniała ludzi przed odwieczną walką promieni Słońca z ciężką kotarą zmierzchu. Tak trwała przez wieki – wpatrując się w codzienne narodziny Gwiazdy i nie dbając o nic, aż nawet jej imię zostało zapomniane.
Świat kręcił się, lata mijały a ludzie zaczynali rozumieć lepiej to, co ich otacza… Słońce przestało być bogiem już tysiące lat temu. Stało się gwiazdą, elementem istnienia odartym z mocy. I właśnie wtedy, gdy zbezczeszczono jej miłość, bogini porannego ciepła zaczęła niknąć. Żyła mocą uwielbienia bóstwa, które nagle stało się rzeczą.
Chciała to zmienić, próbowała błagać ludzi by nie czynili z jej kochanym nic złego. Niestety, od tak wielu wieków nie ukazywała się nikomu, że jej istnienie poszło w niepamięć. Objawiała się pod postacią świetlistych błysków, refleksów na wodzie, porannej ciepłej bryzy – nikt jednak jej nie rozpoznał. I tak umierała powoli, jak ginęła wiara w Słońce.
Aż w końcu przyszedł kres. Świat poszedł do przodu. Gwiazda nadal ogrzewa ziemię, choć już nie swą nadprzyrodzoną mocą a energią termojądrową. I nic się nie zmieniło, tylko ona umarła i dziś nie ma już ciepła, które ogrzało by chłód codziennych narodzin.

Podziel się:

Prawdy

Gdzieś na ścianie jest zegar
co sekundy odmierza
co nas drogą popycha
do nieba

Gdzieś za snami jest słońce
które nigdy nie gaśnie
i kierunek wskazuje
właściwy

A my tutaj w pokoju
między smutku ścianami
nieruchomo, na krzesłach
wciąż tkwimy

A my w twierdzy mieszkania
nieszczęśliwi i sami
czasu liczyć nie chcemy,
w słońce nie wierzymy…

Podziel się:

Z baśni z dzieciństwa

Gdybym miał sobie wyobrazić ostatni dzień mojego życia mógłbym powiedzieć o nim wiele, jednak nigdy nie przypuszczałbym, że trafię na drugi świat w takich okolicznościach, jakie faktycznie stały się moim udziałem.
16 lipca 1930 roku był dniem ciepłym i słonecznym, ot kolejną w długim życiu niedzielą spędzoną gdzieś pomiędzy podwórkiem, restauracją a kolonialką w niewielkiej wielkopolskiej wsi. Ustrojony kościół wyglądał wtedy pięknie, a zapach letnich pól niósł się aż na dziedziniec naszego wyszynku, gdzie królowała wszakże woń miąs i przypraw.
Nigdy nie należałem do strachliwych i to pewnie było przyczyną mojej zguby. Z resztą po raz wtóry.
Kiedy lipcowym popołudniem na podwórzec restauracji zajechał zaprzężony w białe konie powóz niosący w swych trzewiach jakiegoś wędrowca od razu doskoczyłem do furtki. Jego konie, choć dorodne nie pachniały sianem, a powóz – choć czarny jak większość, w letni dzień bił wyraźnym chłodem. To był zły omen.
Wędrowiec tymczasem wysiadł. Znać było, że z miasta i bogato urodzony. Spod pięknego surduta wystawały poły jedwabnej koszuli, a skórzane oficerki skrzyły się słonecznymi refleksami ciosanymi przez wypolerowane cholewy. Gdy mężczyzna wszedł w gwar gospody wszelkie problemy niedzielnego popołudnia ucichły na moment – taki wzbudzał posłuch samą już swoją aparycją.
Nie słyszałem co działo się w środku. Gwar powrócił a życie, które na chwilę zatrzymało swe leniwe tempo zaczerpnęło kolejnego niespiesznego oddechu.
Poczułem jednak, gdy wyszli na zewnątrz. Wędrowiec, gospodarz i kilku innych. Podenerwowani wyraźnie, pełni buty i skorzy do bitki.
– Nie miniesz pan furtki, nim ogar doskoczy – usłyszałem właściciela wyszynku, gdy z dumą wskazał wrota podwórca
– O litr najlepszej gorzały założę się, że pies mi krzywdy nie zrobi. Na rękach go panu przyniosę, potulne to zwierzę – upierał się przybysz.
– Nie szkaluj pierwszego z łowczych w okolicy – rzucił ktoś gniewnie spod drzwi gospody.
Nim sfara rozgorzała na dobre nieznajomy ruszył do furtki. Nikt go nie zatrzymał, nikt nie śmiał podnieść głosu ni ręki. I wtedy zrozumiałem czymże są konie bez zapachu i wóz, który w skwarze nie znosi ciepła. Kiedy spojrzałem twarz miał spokojną. Zdradziły go tylko oczy. Dlaczego oni nie widzieli? Nie wiem. Dlaczego proboszcz nie bił w dzwon? Tego samo licho chyba nie zrozumie.
A on szedł i pochmurniał z każdym krokiem. Na twarz wstąpił mu najpierw grymas wściekłości, potem pokazał prawdziwe oblicze. Brunatna skóra, tysiące blizn i rysy tak szpetne, że lustra pękały pod ich naporem.
Tak chwycił mnie Władca Much na ręce, a ja nie mogłem nawet skomleć przytłoczony jego mocą i złem. Nikt nie uciekł, kiedy się do nich odwracał. Jakby nie widzieli, zamroczeni czarnymi siłami. I przyniósł mnie wprost do szynku.
– Potulny pies – odezwał się do nich
– I sika ze strachu przed byle miastowym – szepnął ktoś z tyłu
Ostatnie, co pamiętam to mój pan i broń, a potem zimny błysk. Odszedłem ja, odeszło zło. Choć liczyło pewnie na więcej, to ja nie mogłem zachować się inaczej. Tylko moja potulność mogła ich ocalić. Inaczej zły zabrałby każdego, kto podniósłby nań dłoń w kłótni. Nie od razu, o nie – po tygodniach czy latach, w chorobach i wypadkach, ale zginąłby każdy jego przeciwnik.
I tak skończyła się moja pokuta. Ostatni dzień życia, kres wieków wśród ludzi i pierwsza okazja do poświęcenia – mojego – Ezechiela, anioła spośród Tronów.

Podziel się:

Sędzia

Pyta Pan, dlaczego odszedłem z wymiaru sprawiedliwości? … Cóż, muszę przyznać – myślałem, że wszyscy już znają tę historię.
No tak, przecież wy nadal myślicie, że to był spektakularny sukces. Co mam na myśli? Proces Korteza, tak – dokładnie – tego gangstera, który zbudował imperium łączące Polskę i Kolumbię. Byłem sędzią w jego sprawie…. Czy coś wtedy poszło nie tak? Ależ skąd, Kortez siedzi do dziś, jego majątek skonfiskowano. Chodzi o niego, nie o proces… Chodzi o to, co powiedział w ostatnich słowach przed ogłoszeniem wyroku…
Minęło 20 lat, ale pamiętam tamten dzień jak wczoraj… Wprowadzili go na salę, obrzucił wszystkich uważnym spojrzeniem, po czym skierował się do ławy oskarżonych, wyglądał na pogodzonego ze swoim losem, co tyleż nas zaskoczyło ile uspokoiło.
Fachowcy mówili długo – prokurator kilka godzin, obrońca nie wiele krócej. Sam Kortez tylko słuchał skupiony… Kiedy nadeszła jego kolej wstał i uśmiechnął się szeroko – zupełnie szczerym uśmiechem szczęśliwego człowieka – tak wtedy wyglądał, chociaż dzisiaj wydaje mi się, że był to uśmiech tryumfu i wyższości.

Wysoki Sądzie, w ostatnim moim ostatnim słowie nie będę prosił o uniewinnienie. Nie jestem zbitym psem by skamleć o łagodny wyrok! Wiem ilu ludzi zabiłem, ilu kazałem zabić. Teraz to nie jest już ważnie. Wszystkie fakty omówiono setki razy – szczegół po szczególe tak, że sam dokładniej bym tego nie opisał.
Chcę wam wszystkim powiedzieć coś innego Wysoki Sądzie: jesteście żałośni! Macie mnie tutaj, skłutego kajdankami w eskorcie policjantów. Stoję sam w odizolowanej sali za kuloodporną szybą, zabraliście mi majątek, rodzinę, broń… próbowaliście pozbawić mnie nawet godności, a mimo tego wszystkiego podskakujecie z nerwów na każde moje skinienie.
Kiedy byłem młodym człowiekiem z jednego z sądów w Polce usunięto graffiti. Zdjęto je ze ściany po 20 latach i przeniesiono do muzeum. „Przywróćcie godność prawu” nabazgrał ktoś na tamtym murze.
Stoję tutaj po trzech latach procesu i wszystkim zadaję pytanie – czy jesteście sprawiedliwi? Tak, pewnie tak… Czy jesteście dobrzy w tym, co robicie? Cóż, prokuratorze, mecenasie – stawaliście na głowie, trudno tego nie docenić… Ale czy jesteście godni? Nie! Czy jesteście silni? Nie. Nawet teraz, gdy decyzje zapadły nie potraficie pokazać władzy jaką sprawujecie!
Jakie jest prawo, które stosują tchórze? Jakie wyroki zapadają rękami tych, który wobec przestępcy gotowi są ugiąć się ze strachu o własne mienie i życie? Pokażcie, że jesteście godni władzy, którą sprawujecie! Dajcie ludziom przykład szacunku dla samych siebie!

Ta mowa zwaliła nas z nóg. Kortez był mądry, ale tutaj okazał się prawdziwym prorokiem. Nikt nie spodziewał się tak otwartej krytyki, tak gorzkich słów. Co stało się potem? Prawie nic. Wyrok wykonano, wszystko szło zgodnie z planem. Pozostało tylko jedno ale. Jakie? Nikt z obecnych wówczas na sali nie kontynuował swojej prawniczej kariery.
Jedni odeszli zarabiać pieniądze w biznesie, inni – jak ja – zaczęli zupełnie swobodne życie jak na uboczu.
Dlaczego blisko tuzin wybitnych prawników i policjantów porzucił swoje zajęcie? Odpowiedź jest prosta – musiałby Pan widzieć wzrok Korteza, gdy mówił te słowa, ten wyrzut w oczach, to spojrzenie gniewnych apostołów w kierunku Judasza i ten smutek Piotra, gdy zaparł się Mistrza.
I ma Pan rację, to było dawno. Ale nikt z nas nie zapomni. Bo wiemy już, że była to nasza zdrada.

Podziel się:

Zima

Jest coś w zimie
W oczekiwaniu życia
Wstrzymanym oddechu
Gdzieś w szarości zmierzchu

Jest coś w zimie
Odbicie od dna
Tuż przed skokiem ponad toń
W obcy życia świat

Jest coś w zimie
Niepokojącego
Jak nasze pragnienie
Spokoju i ciszy

Jak cmentarza szept
Co koi wiarą
Że śmierć jest jedyną przystanią

Podziel się: